DSC_8383

Czasy kiedy zastosowano pierwszy sznur muchowy i jedną nimfę, są bardzo odległe. Sądzę że pierwsze wzory nimf, były niedociążone ale z pewnością musiały płynąć pod powierzchnią wody. Coraz lepsze konstrukcje sznurów, zaczęły pozwalać muszkarzowi na prowadzenie przynęt dużo głębiej. Technologia i potrzeba idące w parze, doprowadziły nas do obecnych czasów kiedy to sznur w przypadku łowienia na nimfę staje się po prostu zbędny.

Takie zbrukanie metody muchowej, lub (jak to lubią pisać na forach początkujący muszkarze) łowienie na przepływankę, nie jest niczym innym jak poszukiwaniem najlepszej z technik prowadzenia nimf. Zwykły muszkarz prędzej czy później, chcąc czy nie, poszukuje nowych możliwości łowienia na nimfę. Bo przecież to „potrzeba jest matką wynalazku”.

Metoda łowienia na nimfę wynikła z chęci prowadzenia zestawu much, głębiej w kolumnie wody. Widoczne pod powierzchnią wody żerowanie, skłoniło wędkarzy do słusznych wniosków, że „nie samą suchą ryby żyją”. Nimfy, początkowo dociążone jedynie cięższym hakiem, nasiąkającymi materiałami, powoli penetrowały coraz głębsze partie nurtu rzeki. Następnym etapem było poszukiwanie materiału jaki można by było, do realizacji tej potrzeby zastosować. Początkowo był to zwykły miedziany drut, później ołów.

Ołowiany drut, lameta lub śrucina, pozwalały na sprowadzenie nimf do samego dna najgłębszych dołków. I od razu pojawiło się pytanie: dlaczego mimo osiągnięcia maksymalnej głębokości prowadzenia, nimfy nie są tak skuteczne jak być powinny? Cóż, prezentowanie przynęt w toni wody, nie jest takie proste. Wymaga zrozumienia kwestii wyporności materiałów, reakcji przynęt na prąd wody, kwestii zmiany ich koloru (widocznego dla ryb) wraz z głębokością rzeki. Czyli mówiąc w prosty sposób: to nie przepływanka, a lameta ołowiana nie załatwiała sprawy 🙂

Pojawiły się główki. Miedź, mosiądz ołów później wolfram. Coraz więcej kolorów, czasami kształtów jednak o jednej z cech główek zwykle zapominamy: miały wreszcie określoną wagę. Można było z grubsza dobrać ciężar nimf stosując główki o określonej średnicy. Do tej pory ilość stosowanego ołowiu była raczej dobierania „na oko”. Teraz mieliśmy możliwość w miarę dokładnego określenia, że na 2 metrowy dołek, wystarczy główka #4. Zanotowano postęp. Byliśmy wreszcie bardziej precyzyjni.

W fascynacji ciężarem i kolorami naszych główek, zapomnieliśmy o sznurze. Jest ich przecież bez liku: intermedium, tonące, z tonąca końcówką pozwalające na sprowadzenie nimf do dna prawie w każdych wodnych warunkach. Prawie, bo okazało się znowu, że kontrola nad prowadzonymi w taki sposób nimfami, jest marna, żeby nie powiedzieć żadna. Dłuższy przypon powoduje wypływanie nimf powyżej poziomu prowadzenia sznura. Krótki „ścina” zestaw natychmiast do dna jednak prezentacja nimf przypomina raczej „skrobanie kartofli” niż imitowanie zachowań żyjących na dnie stworzeń. Wnioski płynące z tych problemów były bardzo okrutne: sznur zaczął nam bardziej przeszkadzać niż pomagać. Doprowadzenie swoich umiejętności prowadzenia zestawu ze sznurem tonącym i nimfami do odpowiedniego poziomu, wymagał długiej nauki i cierpliwości. Dużo łatwiej było ze sznurem pływającym i dwoma mikronimfkami okrutnie nazywanymi przez domorosłych ekspertów: „pedałami”.

Muszę tutaj wyjaśnić kwestię tak często obecną na internetowych forach. Zwolennicy łowienia na daleką nimfę (lub jak ostatnio przeczytałem na „odległą nimfę (?!!) uważając że postępują zgodnie z rytuałem klasycznego muszkarza, często powołują się na słowa klasyka czyli Prof. Rozwadowskiego. Oczywiście zapominają jednocześnie w jakich czasach żył nasz mentor i jakiego sprzętu dane mu było używać. Nie piszą o tym, że łowienie ryb na muchę, nie było zbyt popularne w jego czasach i raczkujący dopiero sport, miał raczej sprzyjające warunki do połowu „czegokolwiek na cokolwiek”. Tak więc zapewniam, że obecni wędkarze łowiący na daleką nimfę powinni oczekiwać od siebie o wiele więcej niż rzucenie nimf w dół wody i czekanie aż szarpnie. Dobrze, że nauczyli się już łowienia pod prąd, co w przypadku małych rzek jest przymusem, a w przypadku dużych wydaje się coraz lepszym pomysłem właśnie ze względu na łatwość zatopienia i maksymalnego pogrążenia zestawu w wodzie. Kwestia kontroli spływu takich przynęt stanowi jednak w dalszym ciągu dużą sztukę. Podobnie jak wyczucie delikatnego brania (nie mylić z samozacięciem się ryby). Reasumując, porównania lub o zgrozo przekonywanie do stosowania „średniowiecznych” technik łowienia, to jak chęć powrotu do podróżowania z użyciem koni. Piękne ale…

Wracając do kwestii sznura: zaczął nam w pewnym momencie przeszkadzać lub inaczej, utrudniał kontrolę nad dociążanymi muchami (nie mówiąc o ich zarzucaniu). Dalekie rzuty nie okazywały się skuteczne i tak bardzo wymagane. Prowadzenie nimf pod nogami było łatwiejsze i skuteczniejsze, ponieważ dokładność i precyzja ich prezentacji była dużo lepsza, a brania bardziej widoczne. Skracano łowienie na nimfy coraz bardziej. Łowiono z użyciem sznura jednak używano w zasadzie końcowej jego części jako indykatora, do momentu kiedy stwierdzono, że „czułość” takiego zestawu nie jest zbyt dobra i… zaczęto używać długich przyponów żyłkowych z żyłkowym indykatorem.

Cały ten mój (pobieżny dosyć) wywód, pozwala na poznanie drogi jaką przeszła metoda łowienia na nimfę na przestrzeni kilkudziesięciu lat. I nie jest to kwestia ideologii, przekonań, czy stopnia poziomu szaleństwa muszkarza 🙂 Na pewno nie jest to powód do dzielenia środowiska na „klasyków i zawodników”. Na początku jest zwykle obserwacja natury, ciekawość, chęć odkrycia czegoś nowego. Czynnikiem dominującym ten rozwój, ku nowoczesności, będzie zawsze potrzeba lepszej, dokładniejszej prezentacji przynęt-nimf, a celem nadrzędnym skuteczniejszy połów ryb.

IMG_4696

Reklamy