Przypon do muchy

PRZYPON.jpg

Czasy kiedy każdy rodzaj żyłki wystarczał, już minęły. Zaczynając przygotowanie zestawu muchowego, powinniśmy wiedzieć, że każda z metod wymaga użycia odmiennego przyponu. Kiedyś było to bardzo proste: trzeba było używaćjak najmniej żyłki (bo była mało dostępna). Teraz kiedy w ciągu jednego dnia łowienia zużywamy około 10-20 metrów drogiego fluorocarbonu (bez konstruowania nowego całego przyponu) wiemy przynajmniej, że jego ciągła wymiana ma jakiś sens. Bo każda z metod, to zupełnie inna konstrukcja zestawu.

Założenia ogólne są następujące:

  • przypon powinien być krótszy od długości wędki o 20-30 cm, zapobiega to blokowaniu się miejsca połączenia sznura z przyponem na przelotkach (nie dotyczy metody żyłkowej)
  • konstrukcja i długość przyponu jest zależna od stosowanej metody
  • rodzaj żyłki zależy od stosowanej metody
  • przypon ma kształt koniczny (zwężający się w kierunku końca)
  • kluczowe jest połączenie go ze sznurem w taki sposób, aby energia przekazywana przez sznur w trakcie rzutu (patrz rysunek), przechodziła płynnie na przypon, nie załamując go w miejscu łączenia ze sznurem (unikać koszulek, fabrycznych pętelek, kółeczek, może wygodnych, ale przeszkadzających w prezentacji muchy)
  • grubość żyłki odcinka roboczego, zależy od wielkości ryb jakie chcemy łowić. Przypon budujemy „od jego końca” zwiększając przekrój żyłki o jeden dwa rozmiary (max) w kierunku połączenia go ze sznurem

Są odstępstwa od tych reguł. W przypadku łowienia na jeziorze, przypony mają czasami 6-12m długości. Przypon do metody żyłkowej, ma maksymalnie długość dwóch wędek (obecne przepisy PL) i w trakcie jego budowy musimy o tym pamiętać.

Streamer

Najprostrzy do wykonania, pojedynczy lub ze skoczkiem, najkrótszy (50-100cm). Musi być krótki bo końcówka sznura tonącego, powinna go szybko zatapiać i sprowadzać do dna. Ten krótki odcinek żyłki, powinien być również na tyle sztywny by zbytnio nie falował w wodzie. Ważny jest tutaj kompromis pomiędzy jego sztywnością, a elastycznością pomagającą w dobrej, naturalnej imitacji rybki. Żyłka tonąca, fluorocarbon.

Mokra mucha

Trzy czwarte długości wędki to dobry rozmiar. Należy pamiętać, że w przypadku mokrej muchy odległość pomiędzy skoczkiem, a muchą prowadzącą powinien być trochę większy (100-150cm). Pozwala to na imitowanie nimf dennych jak i podpowierzchniowych. Żyłka tonąca, monolityczna, a w ostatniej sekcji roboczej fluorocarbon.

Sucha mucha

W przypadku tej metody, najważniejsze jest takie dobranie długości przyponu konicznego, aby pozwalał on nam na płynne i delikatne zarzucenie suchej muszki. Zwykle jest to 3/4 długości wędki ale zdecydowanie polecam dobieranie długości w taki sposób, aby rzut był płynny i naturalny. Żyłka monolityczna, a ostatnie 50cm fluorocarbon (mniej widoczny dla ryb).

W tej metodzie polecam fabrycznie produkowane przypony koniczne. Do ich końca należy dowiązać odcinek roboczy z FC. Nie stosujcie przyponów plecionych (jak ja 30 lat temu). Rzuca się nimi łatwiej, ale bardziej płoszą ryby, nasiąkają wodą, zbierają z powierzchni brud, a w przypadku złego rzutu haczyk chętnie się w nie wbija.

Nimfa

Długość przyponu zależu od zastosowanej techniki łowienia. W przypadku krótkiej nimfy, kiedy sznur #000 praktycznie nie dotyka wody, przypon jest tak długi jak głębokość wody w miejscu łowienia plus 20-30 zapasu (zależy też od uciągu wody).  W tej metodzie zawsze jest lepiej użyć krótszego odcinka roboczego, niż tego dłuższego. Dłuższy nie pozwala na odpowiednią kontrolę prezentowanych nimf. Żyłka fluorocarbonowa.

W przypadku dalekiej nimfy, długość 3/4 jest odpowiednia. Oczywiście kontrola nad muchami przy takim zestawie jest bardzo trudna i wymaga dobrej kontroli nad wędką. Są osoby dla których prezentacja much jest czarną magią i wtedy stosują zwykle przypony dłuższe. Jeśli chcecie łowić świadomie i prowadzić muchy, a nie czekać jak się same zatną, stosujcie przypony 3/4. Żyłka monolityczna jest całkowicie wystarczająca.

Mikro nimfy (pedałki). Jak powyżej lub dwie długości wędki. Odległość pomiędzy mikro nimfami powinna byc większa 100-150cm. Ze względu na mały ciężar nimfetek, przypon ten jest bardzo trudny do zestawienia. Żyłka monolityczna i fluorocarbon w odcinku roboczym.

Metoda żyłkowa. Przypon dwie długości wędki, to odcinek długość wędki plus 20cm (grubszy np 0,18-0,24) z żyłki dwukolorowej lub fluo, później odcinek 20-50cm z żyłki fluo (indykator brań) oraz odcinek roboczy zależny od głębokości łowiska (żyłka fluorocarbonowa, dwie grubości). Taki zestaw wydaje się bardzo skomplikowany ale  uwierzcie mi, działa.

W każdym przypadku, podstawowym celem wędkarza powinna być prawidłowa prezentacja much. Nie odległość rzutu.Zwykle znajdziecie w internecie przepisy na przypony z podanymi długościami poszczególnych odcinków. Problem w tym, że o jakości każdego zestawu-przyponu decyduje: akcja wędki, zastosowany sznur, łaczenie pomiędzy sznurem, a przyponem i grubość żyłek przyponu roboczego. Dlatego uniwersalne przepisy z netu są zwykle do „bani” :). Życzę Wam miłego wiązania swoich własnych przyponów, dostosowanych do Waszych ulubionych metod, wędek i sznurów.

Advertisements

Inwestycja w sprzęt

FullSizeRender.jpg

Myślę że mogę postarać się pomóc początkującym adeptom muszkarstwa w wyborze odpowiedniej strategii doboru sprzętu wędkarskiego. Mam za sobą trochę doświadczeń w tym zakresie. Złych i dobrych. Czy bardzo pomogę: nie wiem. Na pewno nie będę swoich doświadczeń (jak wielu innych) zachowywał wyłącznie dla siebie. Jakie czynniki decydują o zakupie danego sprzętu? Poziom wędkarza (początkujący, średni i zaawansowany), wiedza na temat sprzętu i… stopień uległości wobec reklamy i opinii innych, możliwości, finansowe czy żona?

Osoby początkujące, szukają sprzętu czytając o nim w internecie. Zwykle młodzi tak bardzo wierzą w to medium. Jest to na tyle złudne, bo w żaden sposób nie są w stanie zweryfikować tego czy osoba sugerująca pewien wybór, jest rzeczywiście doświadczonym i świadomym wędkarzem. Wieki temu (no dobrze, dekady temu) wszystko zaczynało się w klubie wędkarskim. Wtedy kiedy nie było jeszcze rywalizacji w zawodach, kluby były miejscem wymiany informacji, miejscem gdzie można było od szacownych nestorów i praktyków wędkarstwa dowiedzieć się wiele na temat sprzętu. Ta informacja była żywa, szczera i łatwa do zweryfikowania. Wędkarze początkujący, polegają na opinii sprzedawców. Jest to jeden z podstawowych błędów jaki robią, bez względu na to czy sprzedawca reprezentuje poziom wysoki lub nie. Z tego mianowicie powodu, że nie wie on jaki poziom prezentujecie (gdzie i jak łowicie) i nie może go w żaden sposób, na miejscu zweryfikować. W efekcie takiej rozmowy pojawiają się „wędki uniwersalne” „sznury do każdej metody” i „bardzo ładne drewniane podbieraki z gumową siatką”.  Zakup dokonany i … po kilku tygodniach intensywnego łowienia każdy młody adept już wie, że trzeba będzie to wszystko szybko sprzedać na allegro.

Po kilku takich wpadkach i kilkunastu latach łowienia, wędkarz jest już średnio zaawansowany. Rozpoznaje „opowiadaczy” od praktyków, aktywnych wędkarzy muchowych od tych internetowych. Wie już jakie sklepy oferują dobre produkty i coraz mniej polega na opinii kolegów, a zaczyna

dobierać sprzęt do swoich własnych wypracowanych preferencji

Krótko mówiąc wchodzi w okres samodzielnego, świadomego budowania swojej własnej wiedzy na temat sprzętu. Dlaczego jest to dobry kierunek? Musicie zrozumieć, że każdy z nas jest zupełnie innym człowiekiem i wędkarzem :). Ilość czynników jakie decydują o zakupie sprzętu jest tak wiele, że bardzo trudno jest dobrać coś dla siebie, a tym bardziej dla kogoś obcego. Mogę zdecydowanie powiedzieć, że uniwersalne rozwiązania nie istnieją. Równolegle z wzrastającym poziomem wędkowania, wzrasta potrzeba stosowania specjalistycznego wyposażenia do każdej z metod. Poziom średnio zaawansowanego wędkarstwa, to okres największych wydatków, prób i błędów prowadzących jednak do… lepszych wyborów.

Czasami czytam fora i śmieję się do łez, słysząc dorabiane na poczekaniu ideologie, sugerujące stosowanie kijów z leszczyny czy bambusa. Zwykle piszą o nich słabo zaawansowani wędkarze, „gwiazdy internetu”. I nie piszę tutaj o ich zaawansowaniu wiekowym. Spotykając się z tak dużą ilością muszkarzy, widzę że często już sam zestaw jaki stosują mówi o ich poziomie. W swoich podróżach nad Dunajec, nie miałem do tej pory przypadku żeby dobrze wyposażony muszkarz (sprzęt i akcesoria) łowił jakoś szczególnie źle. Natomiast w przypadku tych źle wyposażonych, zdarza się to bardzo często. Podobne rozbawienie budzi we mnie 20 letni sprzedawca, sugerujący wybór sprzętu stwierdzeniem: „bo ja na taki łowię” lub „bo na taki łowią zawodnicy”. Unikajmy takich sklepów, a swoją wiedzę budujmy w oparciu o łatwe do zweryfikowania opinie przyjaciół, którym ufamy, ale co najważniejsze

o własną praktykę i doświadczenia wędkarskie

Bardzo często spotykam się z pytaniami czy warto inwestować w drogi sprzęt. A warto inwestować w drogi samochód? Wśród sprzętu drogiego i taniego są perełki, diamenty, bardzo udane modele sprzętu jakie niestety produkowane są tylko przez kilka lat. Niestety tak samo jak w przemyśle samochodowym i fotografii pojawiają się okresowo produkty, nabierające z czasem miana „kultowych”. Jak je rozpoznać? Bardzo dobre opinie użytkowników przez wiele lat i praktyczny brak ofert sprzedaży w komisach internetowych. Takie cechy znamionują sprzęt dobry, niekoniecznie nowy, ale przez lata trzymający jakość na wysokim poziomie.

Jeśli poczujecie że nowy, właśnie zakupiony sprzęt odbieracie jako lepszy, bardziej komfortowy, to zrobiliście właśnie krok w przód na długiej drodze zbierania wiedzy na temat doboru sprzętu

Moje subiektywne wybory: jeśli ma dla Was znaczenie moje zdanie, podzielę się z Wami tym, jak ja obecnie wybieram sprzęt. Szukam sprzętu nowego, ale ze średnio niskiej półki, albo używanego z wysokiej. W pierwszym przypadku interesują mnie wartości użytkowe, w drugim zastosowane w produkcji nowoczesne materiały i technologie. Bardzo rzadko zdarza się, że nowe (opisywane na produkcie) technologie, tak naprawdę wnoszą coś nowego. Producenci wiedząc, że Wasz wybór jest całkowicie subiektywny, nie zaproponują każdemu z Was coś odrębnego. Zaproponują coś uniwersalnego dla jak największej grupy odbiorców.

Wydawało by się, że najlepszym wyborem będzie zatem kij na zamówienie. Nie polecam kijów z pracowni wędkarskich. Szczególnie osobom początkującym. Szanuję pasje, skrupulatność i dokładność wykonawców wędek tego typu, jednak zwróćcie uwagę co decyduje o zakupie takiego sprzętu: jakość wykonania detali (z tym w produkcji masowej jest różnie) i ogólny wygląd zewnętrzny wędki. Nie decydują o zakupie jego cechy potrzebne do zaprezentowania przynęty i wyholowania ryby tylko… wygląd i personalny podpis. Oczywiście nasi rzemieślnicy zadają nam pytania na temat akcji kija, jego wagi itd ale nie znają i nie będą znać naszych umiejętności, preferencji i stosowanych metod muchowych, bo w jednej czy dwóch rozmowach im o tym nie opowiemy. Ideałem byłoby wykonanie przez nich kilku (jak nie kilkunastu zamówionych wędek) zgodnych z naszymi sugestiami i później wybór jednej po jej praktycznym sprawdzeniu nad wodą. Wszyscy wiemy, że taka opcja nie jest dla nich możliwa i opłacalna…

Nie przywiązuję się do konkretnego producenta sprzętu, wiedząc że wśród bardzo dobrych marek, pojawiają się bardzo złe produkty. Na koniec podzielę się z Wami jedną okrutną maksymą, która rozpowszechniona została kiedyś przez Włochów. Mówią oni że „z gówna diamentu nie zrobisz”. Może nie jest to najlepsze zakończenie tego wpisu, ale uwierzcie mi, że jakość komponentów zawsze wpływa na finalne możliwości produktu. No i żona…

Widziałem wyjście do suchej

DSC_8272-1.jpg

Sucha mucha, ulubiona metoda nowicjuszy zaczynających przygodą z łowieniem na muchę. Są wędkarze, którzy wierni klasyce, łowią wyłącznie na suchą. Szukają oczek i jak “coś wychodzi” albo “chlapie” albo “robi oczka” łowią na super suche suszki :). Dopiero po jakimś czasie zauważają, że popularne “wyjścia” różnią się od siebie. Zwykle gdy nic nie łowią. Wtedy zwalają swoje niepowodzenia na zły wzór muchy, jej wielkość lub nieodpowiedni przypon.

Wnikliwy, doświadczony obserwator, potrafi rozróżniać pojawiające się na wodzie oczka. Rozróżnić można chlapanie, bulkanie, przewijanie się, wybrzuszanie, robienie bąbelków, cmokanie lub “delfinka”. Dla nowicjusza oczko pozostaje w dalszym ciągu zwykłym oczkiem, takim samym jak wiele innych.

Zawsze zastawiałem się czy jest jakiś związek pomiędzy rodzajem oczka, gatunkiem ryby, a pokarmem jaki pobiera. Po dosyć długiej obserwacji okraszonej wieloma niepowodzeniami zacząłem powoli rozróżniać poszczególne rodzaje wyjść i w zależności od swoich spostrzeżeń stosować odpowiednie przynęty. Nie zawsze skutecznie 🙂 Jednak w obliczu pojawiania się rójki, coraz częściej zacząłem stosować nie suche muchy, ale przynęty podpowierzchniowe.

Widoczne na powierzchni wody żerowanie ryb, nie zawsze oznacza pobieranie pokarmu z jego powierzchni

Widząc wyjścia powinniśmy założyć, że ryby są aktywne w stosunku do pokarmu płynącego po powierzchni, pod powierzchnią lub przebijającego właśnie powierzchnię wody. Daje to nam różne możliwości stosowania przynęt w trakcie rójki (suche, spenty, spinnery, lekkie nimfy).

Myślę że można się tutaj pokusić o stwierdzenie, że w zależności od rodzaju pokarmu, ryba wykonuje specyficzny, odmienny rodzaj ruchu w trakcie jej pobrania.

Czyli przy dobrej obserwacji możemy zastosować odpowiednią i pewniej bardziej skuteczną muchę. Jeśli widzimy wybrzuszenie się wody w miejscy gdzie przebywa ryba, możemy założyć, że goni wyrajającego się owada i po samą powierzchnią wody zawraca w kierunku dna. Wybrzusza tym samym powierzchnię wody dając znak, że pobiera pokarm w postaci nimfy z pod jej powierzchni.

Jeśli pokazuje swój grzbiet (nakrywa muchę od góry), zwykle pobiera z powierzchni przeobrażającego się właśnie owada. Czy jest to chrust czy jętka wszystko jedno.

Ryba wyraźnie goni coś pod powierzchnią wody zostawiając za sobą skośne falki na powierzchni. Jest to gonitwa za wyrajającym się chruścikiem. Często zakończona mocnym chlapnięciem na powierzchni.

Wróćmy jednak do oczek. Na pewno widzieliście już oczka z bąbelkiem na powierzchni. Według znawców tematu bąbelki potwierdzają, że sasysany jest przeobrażający mały owad albo spent.

Są sytuacje w których ryby pokazują nam swoje ogony. Widziałem takie zdarzenia na Sanie przy bardzo niskim stanie wody. Od razu założyłem suchą muchę i oczywiście byłem totalnie zignorowany przez ryby. Na szczęście przypomniałem sobie jedną starą książkę i założyłem sanowe lekkie kiełże. Krótko mówiąc lipienie żerowały na kiełżach, a ze względu na niski stan wody pokazywały swoje ogonki zbierając pokarm z samego dna :).

Tak więc jak widzicie nic w tym pięknym świecie nie jest pewne. Wyciąganie błędnych wniosków na podstawie wyraźnych i czytelnych (według pierwszej obserwacji) sygnałów jest bardzo częstym błędem. Nie tylko na rybach ale w codziennym życiu również :). Dlatego sugeruję uważną obserwację oczek, bo jak widać nie każde oznacza, pobieranie przez ryby suchej muchy.

Wykręcona nimfa

IMG_2822.jpg

Jakieś nowe nazewnictwo? Nowa metoda? Nie, raczej mała prowokacja z mojej strony. W okresie wakacji, kiedy nad wodą jest dużo więcej wędkarzy, można spokojnie przyjrzeć się technice nimfowej naszych kolegów. Siedzę sobie na brzegu i patrzę jak koledzy łowią na krótką nimfę, polską czy czeską jej odmianę. Od dłuższego czasu obserwuję, nienaturalnie wysokie podnoszenie i prostowanie całej ręki w trakcie prowadzenia nimf. Są tacy którzy nazywają tą metodę “na hitlerowca” dla mnie to “wykręcona nimfa”.

Pierwszy raz widziałem takie “wygibasy” w 2011 roku nad Łupawą. Kilka lat spokoju i przywiezione prawdopodobnie przez juniorów z Czech nawyki, stały się znowu popularne wśród naszej “elity”. Prosta ręka podniesiona nad głowę, czasem ugięta ale zbliżona wysoko do poziomu oczu, lub wygięta łokciem do góry. Po co?

Podnoszenie kija do góry, wyginanie ręki wygląda dosyć osobliwie. Jeden z moich kolegów ze Szwecji, widząc ostatnio takie prowadzenie nimf nad Dunajcem, zadał mi jakże rozsądne pytanie: “czy tego wędkarza nie boli ręka…?” Dla mnie pytanie jest zupełnie inne: jaki jest cel takiego nienaturalnego wykręcania nadgarstka i ręki?

Jeśli ktoś chce mi udowodnić że jest to skuteczniejsza metoda prowadzenia nimf, bo linka i przypon w stosunku do powierzchni wody są pod kątem zbliżonym do 90stopni i brania widać wyraźniej, zgodzę się i … nie. Tak, zawsze lepiej prowadzić nimfy w taki sposób, żeby zestaw był naprężony, a linka nie miała styczności z wodą.Nie, bo da się ten cel osiągnąć inaczej. Widząc tak łowiącego muszkarza wiem, że chce dobrze, jednak technicznie jest jeszcze surowy.

Problem w tym, że robić to można bez wyginania ręki, przy ugiętym łokciu, lekko wysuniętym do przodu na wysokości biodra i jak najbardziej na daleki dystans. Wystarczy przećwiczyć swoją technikę, a nie kopiować w ciemno wątpliwie dobre wzory zza granicy. Będzie też mniej bolało 🙂 Zacząć trzeba od odpowiednio długiej wędki, od odpowiednio dobranego do metody sznura, łącznika i przyponu. Zniwelujemy wtedy zwis sznura i nie będziemy musieli podnosić wędki tak wysoko. Kolejna kwestia to kąt ugięcia łokcia, nadgarstka i wysokość podniesienia szczytówki. Wszystkie te elementu należy zgrać i dobierając odpowiedni ciężar nimf, łowić na długość kija lub jak ktoś musi w odległości 12metrów. Niestety trzeba to ćwiczyć, eksperymentować ale już po kilku godzinach spędzonych nad wodą, da się wypracować własną, skuteczną i co najważniejsze, naturalną metodę prowadzenia nimf. Bez prostowania ręki i bólu całego ramienia.

Wymaga to trochę czasu, cierpliwości, eksperymentowania ze sprzętem i przyponami.  Czyli tego co jest tak ciekawe w wędkarstwie muchowym.

IMG_0060m.JPG

Wybieramy żyłkę

images

Wybór żyłki był kiedyś niezwykle prosty. Jak była w sklepie to się ją kupowało 🙂 Nikt nie pytał się o materiał z jakiego jest wykonana o jej zrywalność na węzłach, nominalną średnicę, sztywność, kolor czy wagę. W czasach kiedy instrukcja używania pilota ma objętość 50 stron (w kilku językach) doszliśmy do momentu kiedy wybór żyłki staje równie skomplikowany. Oczywiście dla tych bardziej dociekliwych, zadających zawsze pytanie: dlaczego?

Kryteria doboru żyłki zamykały się w pytaniu: “jaka musi być gruba żeby nie zerwała jej ryba podczas holu?”. Nikt nie brał pod uwagę innych cech, jakie powodują zerwanie się ryby. Akcji wędki, jakości węzła, techniki holu, uciągu wody. Wszystko zwalano na producentów żyłek i w momencie kiedy hol był skuteczny to i żyłka była „super extra mocna”.

Zajmując się doborem żyłki powinniśmy w pierwszej kolejności wiedzieć jak duże ryby chcemy łowić, jaką techniką i na jakiej wodzie. Większość zapomina o tym, że źle dobrana żyłka nie pozwoli nam na odpowiednie zaprezentowanie przynęty. Wystarczy założyć grubszą żyłkę na jesiennego lipienia, żeby szybko stwierdzić że „dzisiaj nie biorą”. Za gruba średnica żyłki płoszy ryby, ale to co bardziej ważne, nie pozwala na odpowiednią prezentację muchy. W łowieniu np na suchą muchę, ma to kluczowe znaczenie.

Producenci żyłek, z jakiegoś powodu wybrali materiał (fluorocarbon) cięższy i odrobinę mocniejszy niż zwykle i z jakiegoś powodu skupili się na maksymalnej przeźroczystości tego materiału. Po próbach z kolorowymi wersjami przyponówek (szare, brązowe, „camou”) doszli do wniosku, że nic tak dobrze nie ukryje przynęty, jak cienki, maksymalnie przeźroczysty materiał lekko przytopiony pod powierzchnią wody. Do podobnych wniosków doszli niedawno producenci, opisanego wcześniej na moim blogu sznura Sunray do suchej. Niestety tylko niewiele osób zrozumiało, że cała jego tajemnica jest ukryta nie w konstrukcji głowicy, czy jej proporcjach. Celem producenta nie było skonstruowanie sznura do rzutów (na łące 🙂 ale delikatna prezentacja muchy w naturze. Cała tajemnica ukryta jest zatem w materiale z jakiego wykonano otulinę sznura. To ten materiał powoduje, że nowy sznur do suchej tonie, ale tylko w takim stopniu żeby nie widziały go ryby, a dobrze prezentowała się sucha mucha.

Wybraliśmy średnicę żyłki, wiemy też jaką metodą chcemy ją łowić. Do suchej  będzie to zwykły monofliment, do nimfy żyłka tonąca fluorocarbon. (Oczywiście są to uogólnienia, bo oba materiały są też używane w przeciwstawnych metodach, ale żeby nie zamglić całego opisu skupię się na kwestiach podstawowych). Kolejny wybór jakiego musimy dokonać, to kwestia sztywności materiału. Mamy możliwość wyboru miękkiej żyłki o wysokiej pamięci, lub sztywniejszej (o niskiej pamięci ale gorszej prezentacji). Producenci po raz kolejny wyciągają do nas rękę i sami proponują te dwie wersje swoich żyłek. Z jakiegoś powodu…

Są jeszcze dwa kryteria, jakie niestety powodują, że gama produktów danej firmy jest w naszym środowisku bardziej lub mniej szanowana: cena i reklama szeptana. Nie kierujcie się proszę ocenianiem produktu, poprzez pryzmat ceny, lub nie daj Boże sugestii sprzedawcy. Hasła typu: „bo łowią na to zawodnicy” „ bo tą żyłkę używają Włosi” lub „bo produkuje ją Mistrz Świata” są żałosne. Przedstawiłem Wam powyżej możliwości, teraz sami starajcie się zdecydować czy zależy Wam na lepszej prezentacji przynęty czy na tym żeby „urywać mniej much”.

P.S. Poniżej kilka tabelek dla miłośników cyferek.

tippetflysizechart 6a00d8341ca12f53ef01156ff375ab970c

Prezentacja

IMG_1693

Odpowiednia prezentacja muchy, to jedna z tych umiejętności, której rezultat często przekracza oczekiwania. Składowe całego procesu wszyscy znamy i są dosyć proste. Jednak rezultat jest dostępny dla osób wybranych.

Można pokusić się tutaj o porównanie do specjalisty-rzemieślnika. Znamy jego narzędzia, znamy materiały, zwykle posiadamy je w swoim domu i wykorzystujemy na co dzień. Jednak dopiero w rękach zręcznego, doświadczonego fachowca, całość pracy przybiera zadziwiającą formę końcową o wiele lepszą od naszych, domowych usiłowań. W efekcie ociera się ona lub nawet przechodzi w sztukę.

Podobnie jest z nami, muszkarzami. Mamy narzędzia (sprzęt wędkarski), znamy proste metody (muchowe) ale ciągle jakoś nie wychodzi.  To co różni artystę od zwykłego rzemieślnika, to świadomość. Kiedy zaczynamy korzystać ze swoich umiejętności w sposób świadomy, przekraczamy granice prostego rzemiosła (ja stale próbuję i próbuję :)).

Oczywiście są takie osoby, które satysfakcjonuje poziom podstawowy i pokładają zaufanie w intuicji. My postaramy się podwyższać poziom mistrzostwa prezentacji przynęt z prostego powodu: celem nadrzędnym (o czym cały czas przypominam) jest skuteczny połów ryb na muchę. Droga do tego prowadząca, to prawidłowa prezentacja much, a nie jak niektórzy błędnie twierdzą, wzór przynęt.

Niestety są też pewne bariery. Pierwszą z nich jest wyobraźnia (a w zasadzie jej brak) drugą brak cierpliwości. Osobom bez tych cech, bez umiejętności wizualizacji swoich zamierzeń, będzie dużo trudniej. Prezentacja przynęt wymaga przed wykonaniem rzutu, wyobrażenia sobie sposobu interakcji naszych przynęt z naturą-środowiskiem w jakim przebywają ryby. I tak jak w przypadku suchej muchy, nie rzucamy byle gdzie, byle jak i byle płynęło (:)) tak w przypadku nimfy sprawa wydaje się dużo trudniejsza. Przynęty nie widzimy, branie nie jest tak widoczne jak w przypadku suchej.

“Od momentu wpadnięcia nimf do wody przez ich pogrążanie się w toni, prowadzenie, aż do momentu brania, świadomy wędkarz powinien sobie wcześniej, cały ten proces wyobrazić”

Teraz już rozumiecie dlaczego większość osób woli łowić na suchą? Cóż o wiele to łatwiejsze zadanie i tak nie męczy głowy 🙂 Tak więc tak jak w przypadku wykonywania fotografii, cały proces twórczy dzieje się w 80% przed wykonaniem zdjęcia, tak i w trakcie łowienia ryb, świadomy wędkarz, powinien zastanowić się przed wrzuceniem nimf, jak je w odpowiedni sposób zaprezentuje.

Całe to przedstawienie 🙂 wykonujemy dla ryb. Dla dobrego przykładu podam opis podstawowej prezentacji kiełży. Chcemy by nasze przynęty imitowały poruszającego się z nurtem kiełża. Wiemy że potrafi on wykonywać szybkie ruchy w toni wody, lecz przyjmujemy, że jest to porwany z prądem „leniwy” osobnik na którego czeka poniżej, tak samo leniwy, lipień. Waga przynęty, powinna być pewnym kompromisem pomiędzy naturalną wagą kiełża, a możliwością jego prezentacji na krótkim odcinku połowu. W naturze kiełż porwany przez nurt wody, ma dużo czasu na zatonięcie w najgłębsze partie łowiska. My tyle czasu nie mamy. Nasz dołek lub płań to tylko kilka-kilkanaście metrów wody gdzie nasza prezentacja nimf ma miejsce. Zwiększamy nienaturalnie ciężar naszych przynęt (ołów) w celu szybszego ich zatopienia. W tym momencie musimy być świadomi, że ta nienaturalna ingerencja w imitację nimfy, musi zostać zrekompensowana jej odpowiednim prowadzeniem. Należy lekko podnieść zestaw nimf prowadząc go nad samym dnem. Tym samym zaczynamy prezentować nasze przynęty w miarę naturalny sposób, ograniczając ich wleczenie po dnie, do minimum. Kiełże porwane przez prąd wody płyną nad dnem około 5-10cm. Decydują o tym prądy i zawirowania wody. Nimfy nie odbijają się raczej od kamieni ale „opływają” je od góry. Jeśli mimo wszystko nasz zestaw jest zbyt ciężki, zmniejszamy w imitacjach kiełży ilość ołowiu.

Imitacja tego ruchu przynęt, właściwy dobór ich ciężaru, odpowiedni zestaw i metoda, czuła i manewrowa wędka i „dobra ręka do nimfy” pomogą nam w prezentacji zestawu przynęt w świadomy sposób. Zapewniam Was będziecie zaskoczeni skutecznością połowu, a kolor kiełża, obecność odnóży, grzbietu czy oczek nie będzie już miała takiego znaczenia.

IMG_1527

Ewolucja nimfy

DSC_8383

Czasy kiedy zastosowano pierwszy sznur muchowy i jedną nimfę, są bardzo odległe. Sądzę że pierwsze wzory nimf, były niedociążone ale z pewnością musiały płynąć pod powierzchnią wody. Coraz lepsze konstrukcje sznurów, zaczęły pozwalać muszkarzowi na prowadzenie przynęt dużo głębiej. Technologia i potrzeba idące w parze, doprowadziły nas do obecnych czasów kiedy to sznur w przypadku łowienia na nimfę staje się po prostu zbędny.

Takie zbrukanie metody muchowej, lub (jak to lubią pisać na forach początkujący muszkarze) łowienie na przepływankę, nie jest niczym innym jak poszukiwaniem najlepszej z technik prowadzenia nimf. Zwykły muszkarz prędzej czy później, chcąc czy nie, poszukuje nowych możliwości łowienia na nimfę. Bo przecież to „potrzeba jest matką wynalazku”.

Metoda łowienia na nimfę wynikła z chęci prowadzenia zestawu much, głębiej w kolumnie wody. Widoczne pod powierzchnią wody żerowanie, skłoniło wędkarzy do słusznych wniosków, że „nie samą suchą ryby żyją”. Nimfy, początkowo dociążone jedynie cięższym hakiem, nasiąkającymi materiałami, powoli penetrowały coraz głębsze partie nurtu rzeki. Następnym etapem było poszukiwanie materiału jaki można by było, do realizacji tej potrzeby zastosować. Początkowo był to zwykły miedziany drut, później ołów.

Ołowiany drut, lameta lub śrucina, pozwalały na sprowadzenie nimf do samego dna najgłębszych dołków. I od razu pojawiło się pytanie: dlaczego mimo osiągnięcia maksymalnej głębokości prowadzenia, nimfy nie są tak skuteczne jak być powinny? Cóż, prezentowanie przynęt w toni wody, nie jest takie proste. Wymaga zrozumienia kwestii wyporności materiałów, reakcji przynęt na prąd wody, kwestii zmiany ich koloru (widocznego dla ryb) wraz z głębokością rzeki. Czyli mówiąc w prosty sposób: to nie przepływanka, a lameta ołowiana nie załatwiała sprawy 🙂

Pojawiły się główki. Miedź, mosiądz ołów później wolfram. Coraz więcej kolorów, czasami kształtów jednak o jednej z cech główek zwykle zapominamy: miały wreszcie określoną wagę. Można było z grubsza dobrać ciężar nimf stosując główki o określonej średnicy. Do tej pory ilość stosowanego ołowiu była raczej dobierania „na oko”. Teraz mieliśmy możliwość w miarę dokładnego określenia, że na 2 metrowy dołek, wystarczy główka #4. Zanotowano postęp. Byliśmy wreszcie bardziej precyzyjni.

W fascynacji ciężarem i kolorami naszych główek, zapomnieliśmy o sznurze. Jest ich przecież bez liku: intermedium, tonące, z tonąca końcówką pozwalające na sprowadzenie nimf do dna prawie w każdych wodnych warunkach. Prawie, bo okazało się znowu, że kontrola nad prowadzonymi w taki sposób nimfami, jest marna, żeby nie powiedzieć żadna. Dłuższy przypon powoduje wypływanie nimf powyżej poziomu prowadzenia sznura. Krótki „ścina” zestaw natychmiast do dna jednak prezentacja nimf przypomina raczej „skrobanie kartofli” niż imitowanie zachowań żyjących na dnie stworzeń. Wnioski płynące z tych problemów były bardzo okrutne: sznur zaczął nam bardziej przeszkadzać niż pomagać. Doprowadzenie swoich umiejętności prowadzenia zestawu ze sznurem tonącym i nimfami do odpowiedniego poziomu, wymagał długiej nauki i cierpliwości. Dużo łatwiej było ze sznurem pływającym i dwoma mikronimfkami okrutnie nazywanymi przez domorosłych ekspertów: „pedałami”.

Muszę tutaj wyjaśnić kwestię tak często obecną na internetowych forach. Zwolennicy łowienia na daleką nimfę (lub jak ostatnio przeczytałem na „odległą nimfę (?!!) uważając że postępują zgodnie z rytuałem klasycznego muszkarza, często powołują się na słowa klasyka czyli Prof. Rozwadowskiego. Oczywiście zapominają jednocześnie w jakich czasach żył nasz mentor i jakiego sprzętu dane mu było używać. Nie piszą o tym, że łowienie ryb na muchę, nie było zbyt popularne w jego czasach i raczkujący dopiero sport, miał raczej sprzyjające warunki do połowu „czegokolwiek na cokolwiek”. Tak więc zapewniam, że obecni wędkarze łowiący na daleką nimfę powinni oczekiwać od siebie o wiele więcej niż rzucenie nimf w dół wody i czekanie aż szarpnie. Dobrze, że nauczyli się już łowienia pod prąd, co w przypadku małych rzek jest przymusem, a w przypadku dużych wydaje się coraz lepszym pomysłem właśnie ze względu na łatwość zatopienia i maksymalnego pogrążenia zestawu w wodzie. Kwestia kontroli spływu takich przynęt stanowi jednak w dalszym ciągu dużą sztukę. Podobnie jak wyczucie delikatnego brania (nie mylić z samozacięciem się ryby). Reasumując, porównania lub o zgrozo przekonywanie do stosowania „średniowiecznych” technik łowienia, to jak chęć powrotu do podróżowania z użyciem koni. Piękne ale…

Wracając do kwestii sznura: zaczął nam w pewnym momencie przeszkadzać lub inaczej, utrudniał kontrolę nad dociążanymi muchami (nie mówiąc o ich zarzucaniu). Dalekie rzuty nie okazywały się skuteczne i tak bardzo wymagane. Prowadzenie nimf pod nogami było łatwiejsze i skuteczniejsze, ponieważ dokładność i precyzja ich prezentacji była dużo lepsza, a brania bardziej widoczne. Skracano łowienie na nimfy coraz bardziej. Łowiono z użyciem sznura jednak używano w zasadzie końcowej jego części jako indykatora, do momentu kiedy stwierdzono, że „czułość” takiego zestawu nie jest zbyt dobra i… zaczęto używać długich przyponów żyłkowych z żyłkowym indykatorem.

Cały ten mój (pobieżny dosyć) wywód, pozwala na poznanie drogi jaką przeszła metoda łowienia na nimfę na przestrzeni kilkudziesięciu lat. I nie jest to kwestia ideologii, przekonań, czy stopnia poziomu szaleństwa muszkarza 🙂 Na pewno nie jest to powód do dzielenia środowiska na „klasyków i zawodników”. Na początku jest zwykle obserwacja natury, ciekawość, chęć odkrycia czegoś nowego. Czynnikiem dominującym ten rozwój, ku nowoczesności, będzie zawsze potrzeba lepszej, dokładniejszej prezentacji przynęt-nimf, a celem nadrzędnym skuteczniejszy połów ryb.

IMG_4696