3 sekundy

 

IMG_3842.JPG

Jest wczesny poranek, schodzę zaroślami w dół brzegu. Krystalicznie czysta woda, słonecznie, przepływ około 30m3/s, 21 stopni. U góry już ktoś łowi. Chyba pierwszy taki tydzień z idealnymi warunkami do połowu. Do mojego miejsca mam około 20 metrów. Brodzę w płytkiej wodzie, płoszę narybek i obserwuję falujące glony. Kaczka patrzy na mnie uważnie, jednak chyba już przyzwyczajona, nie zbiera się do lotu. Jest ciepły poranek 8 czerwca. Wczoraj.

Ściągam muchy z wędki, pierwszy rzut, branie, zacinam… 60 centymetrowy pstrąg pokazuje mi swój bok, obraca się do mnie ogonem i gwałtownie odpływa w rwący nurt.

Trwało to może 3 sekundy. To całe planowanie, czekanie na warunki, przygotowania, dojazd. Wszystko zamknęło się w tej krótkiej chwili. Tyle razy pisałem o tym, że pierwsze rzuty są najważniejsze. Wymagają doskonałej koncentracji. Ale ta pogoda, ta rzeka, to otoczenie. Rzeka mnie oszołomiła. Cóż, Jeremy ma swój Eden, ja mam swój Dunajec…

Łowię do samego wieczora. W przerwie rozmawiam z Ewą. Śmieje się ze mnie. Co mam powiedzieć? To że znamy zasady, nie znaczy, że zawsze się do nich stosujemy. Tak niewiele osób to rozumie. Tak niewiele osób wie, ile mogą zmienić w jednym dniu, krótkie 3 sekundy dekoncentracji.
Mimo tego, że rzeka pozwoliła mi złowić tego dnia, dwie piękne ryby, tą krótką chwilę będę pamiętał bardzo długo. I co paradoksalne, dla takich chwil będę tam wracał i wracał. Nad Dunajec.

IMG_3872.JPG

IMG_3878.JPG

 

Advertisements

Dunajec 2016

IMG_1911.JPG

Zaczęło się w kwietniu. Bardzo dużo pstrąga. Wszystkie roczniki, przewaga tych powyżej 30cm ale dużo też małych, zawodniczych. Wszystko to napawa optymizmem. Dopiero z końcem miesiąca, udało się pierwszy raz połowić tak jak trzeba. Co to znaczy? Pamiętam czasy, kiedy na Dunajec jechało się z Katowic kilka godzin. Wąskie drogi, zatory, przystanki na śniadanie, nocne pobudki, termosy bułki i jajka i 5 osób w dużym Fiacie. Wtedy byliśmy szczęśliwi, kiedy jeden z nas wracał z “kompletem”. Czyli trzema rybami na koncie. Dużo częściej, zdarzały się wyjazdy bez wymiarowej ryby …

Dunajec w 2016 roku jest inny. Dobry dzień, to brania na nimfy i suchą muchę, które dają 30-50 ryb w ciągu dnia. Ryb miarowych, czyli takich powyżej 30cm. Tak było na Os z końcem kwietnia. Wyjścia do suchej, brania na nimfy, żerujące intensywnie pstrągi, czasami ładny lipień. Bajecznie.

Maj. Najlepszy miesiąc na odcinku specjalnym. Dobra wędkarska pogoda, dużo owadów ale w porównaniu z innymi latami zdecydowanie mniej chruścika. Polowanie na 60cm potoka. Niestety w tym roku nic z tego nie wyszło. Było kilka kontaktów z naprawdę dużymi rybami. Są miejsca na OS Dunajec, gdzie nie ma brzegu na bieganie za rybą i ryby chyba o tym wiedzą…

Czerwiec. Coraz cieplej, coraz lepsze łowienie w prądach. Myślimy już o wakacjach. Może wobec takiej ilości ryb i ich wspaniałego żerowania trzeba zastanowić się nad dłuższym pobytem nad Dunajcem? Planujemy i łowimy w dni wolne od wysokiej wody. Ryby już mocno przekłute, jednak w tygodniu o poranku są bardziej skore do współpracy. Szukamy pstrągów powyżej 50cm. Udaje się złowić kilka w ciągu długiego dnia. Rzeka pokazuje swój potencjał, a my czujemy, że jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie.

Lipiec. Opady, kilkudniowe deszcze i w efekcie… powódź. Główny zbiornik wypełnił się brudną błotnistą mazią. Wszystko to oznacza, conajmniej miesiąc czasu na wyczyszczenie się zbiornika i spadek wody do normalnego komfortowego przepływu 30m3/s. Nie wiemy co będzie po powodzi. Czy ryba zostanie?

Sierpień. Planowany urlop z synem, wynajęty domek nad Dunajcem i … rozczarowanie. Mieliśmy łowić o świcie, wieczorem i w ciągu dnia. Takie były plany. Pozostało nam patrzenie na zmienne stany brudnego Dunajca i wycieczki w góry (fuj!). Niestety natura po raz kolejny dała znak, że ma nas trochę dosyć. Ostatnie dni urlopu były znowu deszczowe…

Wrzesień. Koniec sezonu pstrągowego spędziłem z kalkulatorem w ręku. Wykupując licencję na rok, miałbym rzekę dostępną do łowienia przez… 2 miesiące. Biorąc pod uwagę stale podnoszącą się i opadającą wodę (czego ryby nie lubią) z zakładanych 60 dni łowienia pozostaje może 10-15 dobrych pstrągowych dniówek w sezonie (nie licząc zawodów). Taki mamy klimat można powiedzieć 🙂

Październik. Wiem gdzie w lecie łowiłem lipienie. Jadę tam w ciemno. Było tam dużo małych i kilka ładnych sztuk. Niestety łowię zaledwie dwie małe rybki. Jesień charakteryzuje się zmienną pogodą, a w górach opady to coś całkiem normalnego. Jak stałe podnoszenie się i  opuszczanie upustów na zaporze. Lipień lubi stabilną niską i czystą wodę. Niestety znowu czekamy na sprzyjające warunki.

Tak to w sumie wyglądało. Wspaniała wiosna z mnóstwem dobrych ryb, a później coraz gorzej z kulminacją w sezonie wakacyjnym. Niestety w tym roku, wakacyjni wędkarze mieli najgorzej. Ci co dojeżdżają raz na jakiś czas musieli się wstrzelić w warunki i wiedzieć kiedy warto wskoczyć do rzeki. Najlepiej mieli miejscowi 🙂 mogli szybko reagować na bardzo zmienne warunki i nałowić się wiosną do woli. Bo później było już tylko gorzej.

Czy wina tego stanu rzeczy leży wyłącznie po stronie natury? Niestety nie. Zarządzanie odcinkiem specjalnym nie jest wzorcowe. Widać brak porozumienia z właścicielami zapory, nieoczekiwane podnoszenia wody. Brakuje proporcjonalnych zarybień, większej ochrony łowiska. Widać pewne oznaki ożywienia wśród władz miejscowych (nowe ścieżki, parkingi, wiaty) ale dzieje się to tak powoli i z takim bólem, że naprawdę trudno uwierzyć w to, że dojdziemy z tym łowiskiem do dobrego europejskiego poziomu (lub zanim dojdziemy będziemy już poza UE:)). Miejscowi w dalszym ciągu nie widzą korzyści jakie mogą płynąć ze zwiększenia ilości wędkarzy, a lokalne kłusownictwo kwitnie. Strażnicy wobec braku ryb tłumaczą się ich “rozproszeniem” w rzece 🙂 A tymczasem w biały dzień w centrum Krościenka, dwaj znani im kłusownicy łowią sobie na spinning…

Tak to wygląda z mojej strony. Zwykłego, stale zafascynowanego tą rzeką przyjezdnego muszkarza. Aby nie kończyć w tak minorowym nastroju, powiem że jest kilka spraw jakie mnie cieszą: nowe plany zagospodarowania brzegów rzeki w Krościenku i Tylmanowej oraz działalność Wojtka Kudłacza, jedynego znanego mi miejscowego wędkarza, który rozumie potrzeby przyjezdnych “wariatów” i stara się na miarę swoich możliwości stworzyć im normalne warunki do pogłębiania tej wariackiej i pełnej naiwności pasji. Tak więc byle do wiosny! Wariaci 🙂

Drwęca zimą.jpg

 

Koniec maja

IMG_1818.jpg

Pogoda nie sprzyja. W zasadzie temperatura i opady są w normie, ale z niejasnych dla mnie powodów  Dunajec “idzie pełną parą”. Przepływ 70-80m3/s to już dużo i łowienie w takich warunkach to ryzyko i w zasadzie, męka.

Ponieważ za 2 tygodnie będziemy zaczynać “taniec z lipieniami”, zaczynam się zastanawiać jak do tego tematu podejść. Bo warto. Ilość przyłowu w postaci grubych i mniejszych ryb tego gatunku, jest spora. W zasadzie można powiedzieć, że dunajeckie stado lipienia ma się coraz lepiej. Sztuki pod 40 to nic specjalnego. Co fajniejsze pojawia się więcej ryb 20-30 cm, miejscowo, ale jednak są. Tak więc sezon na lipienia może być dobry.

Sprzęt w zasadzie ten sam. Może warto tylko zejść z grubościami żyłek. Gruby lipień nie jest tak mocny jak wiosenny pstrąg ale zawsze lepiej mieć ten mały zapas. Muchy, (coraz bardziej kolorowe) powinny zdominować nasze pudełka.Wylatuje już chruścik, zaczyna się dobre łowienie na jętki z fluo akcentami. Sucha, mokra i nimfa te metody będą dominować.

Nie można popełnić błędu i podejść do łowienia lipienia na Dunajcu tak jak na Sanie. Rzeki tak sobie bliskie są nieporównywalne. Szerokie i płytkie płanie Sanu to nie to samo co Dunajec. Tutaj co chwilę ryzykujesz kąpielą, pokonując wielkie i mniejsze kamienie. Pięknych i równych płani jest niestety coraz mniej. Jednym z takich miejsc był 100 metrowy odcinek poniżej Piasków. Zaraz za dawnym mostem powyżej Krościenka, gdzie obecnie rezydują flisacy, był szeroki i równy odcinek wody idealny na lipienia. Żwirowe równe dno, czasami wypełnione większymi kamieniami. Woda do pasa z przegłębieniem pod lewym brzegiem znanym z dużych brzan. Na tej wodzie uwielbiałem łowić na mokrą i suchą.

Czynnikiem trudniejszym, mogącym zdecydować o naszej porażce jest znalezienie miejsca żerowania lipienia. Obecnie, kiedy woda jest żyzna i oczyszczona przez swoją prędkość, znalezienie kryjówki lipienia będzie dużo trudniejsze. Szybkie płytkie miejscówki mogą nas zaskoczyć. Ale tak jak to zwykle bywa, gruba ryba ustawia się na wypłyceniach przy głębokim nurcie, na końcówkach płani przy murach. Trzeba szukać, przejść najciekawsze miejsca. Porzucać na wolnych równych prądach, poeksperymentować na tych szybszych i płytkich. Jeśli złowicie jednego lepienia, warto w takich miejscach pozostać. Ryba ta lubi się grupować po kilka sztuk dlatego wyciagnięcie kilku ryb z jednego miejsca nie powinno być trudne. Wymaga tylko odrobiny wytrwałości i trochę więcej czasu.

IMG_3260

Jesienny chruścik na Sanie

IMG_2853-1

Pamiętam jak kilka lat temu, jeden ze znanych zawodników, tłumaczył mi że na chruścika łowi się jedynie w czerwcu. Bo wtedy wylatuje. W tym roku wielokrotnie byłem zaskakiwany rójką chruścika w lipcu, sierpniu i wrześniu nad Dunajcem, a teraz z końcem października nad Sanem.

Miejscowe okresowe rójki, nie tak masowe jak w lecie, występują raczej nie w zależności od pory roku ale od lokalnych warunków pogodowych. Podejrzewam też, że ma tu również wpływ określony zwyczaj, poszczególnego rodzaju owada z gatunku. Mamy ich w końcu w Polsce około 290 więc wybór jest…

Kilka dni temu obserwowałem nad Sanem wylot chruścika, wzdłuż nasłonecznionych brzegów rzeki, pod drzewami pojawiały się chwilowo małe grupy dorosłych owadów. Ryby oczywiście korzystają z możliwości uzupełnienia swoich jesiennych braków pokarmowych, a ja przy okazji starałem się podać im dobrego pływającego chrusta na #12.

IMG_2831-1

Niestety mucha nie była tak dobrze zbierana jak w lecie. Trochę zniechęcony swoimi wynikami, przypomniałem sobie moją rozmowę z Wojtkiem. Zaopatrzyłem się przed wyjazdem w oliwkowo-rude mokre muchy na #14 i postanowiłem takie właśnie wynalazki zaprezentować jesiennym lipieniom. Wyniki były od razu. Jedno branie na trzy rzuty to już chyba coś. Oczywiście po 15.00 brania praktycznie ustały i całe Sanowe łowienie ograniczyło się do tych dwóch magicznych godzin. Po raz kolejny okazało się, że mokra mucha w pewnych okolicznościach jest niezastąpiona, a na przełowionej, czystej i płytkiej wodzie cudownego Sanu, dobrze poprowadzona mała mokra może dać takie same rezultaty jak Shuttlecock na #20.

DSC00164-1

Prawda i fałsz

IMG_2640-2

Przyjeżdżamy nad ranem. Zmrok szybko ustępuje, nadchodzi kolejny upalny dzień. Łowiliśmy kilka dni temu. Wnioski nasunęły się same. Suche, imitujące jętki z kolorystycznym dodatkiem. Ten typ jętki wylatuje przed zmrokiem. Ryby rzeczywiście szaleją na jego punkcie. Uciążliwe jest jednak czekanie cały dzień na to 20 minutowe szaleństwo na wodzie. Dlatego testujemy nimfy.

Decydujemy się na przygotowanie nimf do łowienia w ciągu całego dnia i suchych na wieczór. Po kilku dniach wracamy na łowisko. Oczywiście Dunajec zaskakuje po raz kolejny. Tym razem czysta, niska i równa woda przez większość dnia. Różnica pomiędzy nocą i dniem jest mało znacząca. Ryby żerują cały dzień. Sprawdzają się ukręcone przeze mnie wzory nimf. Ryby reagują na nie zdecydowanymi braniami. W ciągu po kilka okazów pod 50cm, trochę mniej 30-taków. Takie do 30 raczej omijamy, ale jest ich bardzo dużo. Tomkowi trafiają się dwa duże lipienie. I w końcu ten wielki, prawie rekordowy (53cm) pstrąg.

Łowię na mokrą. Biorę pięknie. Szkoda że wcześniej nie zmieniałem stanowiska i nie obłowiłem większej ilości wody. Może następnym razem.

Łowimy do zmroku. Nogi i plecy już bolą. W końcu wylatuje “nasza” jętka. Czekamy tylko na wyjścia, czekamy i czekamy… bez skutku. Tego dnia sprawdziły się nam tylko nimfy. Polegliśmy jeśli chodzi o wybór stanowiska. Może ryb było już na nim mało. Następnym razem spróbujemy na naszym starym miejscu. Pod warunkiem że będzie jeszcze wieczorna rójka. Nie żałujemy i tak było naprawdę dobrze. Ta pogoda czysta woda i Dunajec, nasz ukochany Dunajec…

IMG_2639-2

Te dni

IMG_0415-small    Zwykle w styczniu lub lutym zakładamy, że jak będą odpowiednie warunki, to nałowimy się do syta. Przyjdzie czas kiedy, ten jeden dzień będzie przepełniony bezustannym łowieniem wielkich ryb. Ryb aktywnych, nie wybrzydzających i zbierających na suchą bez wybrzydzania. Ręce będą boleć od holów, plecy od kamizelki, karta w aparacie wypełni się zdjęciami okazów, a bateria w telefonie się wyczerpie od naszych ciągłych rozmów z kolegami gdzie, na co i jak.

Czekamy najpierw na wzrost temperatury wody. Później na zejście ostatnich śniegów. Jak już zejdą, czekamy na koniec “okresu pijawkowego”. Jak on się skończy, czyli zaraz po “okresie żabowym”, idzie zwykle duża woda, no dobrze powiedzmy wprost: powódź. Tak po 3 tygodniach jak już wody opadną, nadchodzi ten czas. Czas chruścika. Jak wyleci…

Czyli tak w czerwcu, sprawdzając wcześniej czy nie ma zawodów: klubu, koła, Grand Prix, międzynarodowych czy branżowych, towarzyskich lub stowarzyszeniowych, wskakujemy w wolne weekendowe okienko i jedziemy. To ile jest takich dni w roku?

Zaplanowany wyjazd ma to do siebie, że jest zaplanowany… ale tylko przez nas. Gdzieś tak pomiędzy spotkaniem rodzinnym, remontem, komunią, chorobą lub urodzinami cioci, okazuje się, że koledzy połowili, a nam uciekło kilka z kilku “tych dni”. Mimo to planujemy co weekend, negocjujemy, zręcznie unikając pytań: ” a co kochanie robimy w weekend?” . Nawet wynosimy śmieci ?!!!I I czekamy dalej.

Jak już wreszcie jesteśmy nad wodą okazuje się, że… właśnie nie biorą. Bo puszczają z zapory, bo  opryskują pola, bo puścili z szamba, albo oczyszczalnia czyści zbiorniki.

Siedzę sobie właśnie w fotelu i rozmyślam: ile tych pięknych dni w sezonie można nazwać “tymi dniami”. Patrząc wstecz (a patrzę daleko) jest ich niestety kilka w sezonie. Dla osoby miejscowej, mogącej w każdej chwili wyskoczyć nad wodę, dużo więcej. Dla przyjezdnych, obserwujących rzekę z daleka, tylko kilka dni w roku. Niestety. I jak tu wytłumaczyć w domu, że dni takie, to święto większe niż wybory “jednego z dwóch”. I jak tu wytłumaczyć, że jest to dzień ważny, oczekiwany od wielu miesięcy. Zwyczajnie się nie da.

Bo nikt oprócz nas nie zrozumie tego oczekiwania, przygotowań i widoku pstrągala zbierającego delikatnie z powierzchni chruścika na #8.

Bądźcie czujni, przygotowani i wolni. Bo tylko wtedy będziecie mogli wykorzystać każdą nadarzającą się okazję w sezonie. Pamiętać ją będziecie latami.

IMG_0487

Czy pojechałbym jutro? Nie.

2015-03-26-10.37.07

Poranna pobudka, kawa, Ipad i … rozczarowanie. Wykresy były bezlitosne. Poziom wody w górę, przepływ w górę. Wiedziałem co mnie czeka. Dobrze że zapowiadanych opadów nie było, tylko kilka większych chmur goniło po niebie. Około 16 stopni na plusie. Przyjechałem do Mszany około 10.00 i przypuszczenia okazały się trafne. Zielona woda. W wyższych partiach wzgórz dookoła miasta płaty śniegu, dodatnia temperatura i widoczne po kolorze wody topnienie trwa w najlepsze. A na nizinach wiosna.

Ubierałem się bez pośpiechu. Mimo tylu przygotowań, okazało się że kilku rzeczy brakuje, że przydałoby się kilka drobiazgów aby cały sprzęt był kompletny. Wszedłem do wody która w okolicach brzegu nie była taka zła. Tylko główny nurt był zdecydowanie zielony, pośniegowy, a woda przejrzysta tak do pół uda. Po 10 minutach bezowocnego łowienia, postanowiłem skupić się na znanych mi z zeszłych lat miejscówkach. Obserwowałem też co płynie po powierzchni i wyraźnie widać było na niej małe czarne muszki takie na #18. Jeden rzut tak 1 metr od brzegu i pierwszy 35cm pstrąg sezonu, wjechał do siatki.

2015-03-26-12.27.31

Zdjęcie i do wody. Niestety obiektyw był albo brudny albo zaparował więc przepraszam za jakość zdjęć, poprawię się następnym razem.

Taktyka była niezła więc ruszyłem w górę rzeki. Piękna pogoda, brzydkie ogołocone z roślinności nadbrzeża Mszanki w sumie w samym centrum. Pachną bazie. Ludzie siedzą na brzegach obserwując wariata w zimnej wodzie. Druga ryba nie była zaskoczeniem, ale oczekiwałem raczej czegoś mniejszego. Znowu 35cm długi i chudy jak zawsze o tej porze roku. Ryby wyraźnie rozproszone lub inaczej: aktywne ale wybiórczo. Mając mało czasu zrobiłem może 3 kaskady. Nawet w basenach brań było mało, a delikatne podszarpywania przynęt przez małe ryby, ignorowałem. Szukałem znanych mi dołków gdzie rok temu widziałem fajne sztuki. Fakt że był to środek sezonu ale miejscówki pozostały  w nienaruszonym stanie. Kolejny gość zawitał w podbieraku tym razem standard na tej wodzie 28cm.  W dalszym ciągu pojedyncze brania w pojedynczych dołkach. Kierowałem się w stronę jednego z ciekawszych miejsc gdzie kilka lat temu, widziałem niezłą sztukę taką pod 60cm. Wyobraźnia szalała, ale ja raczej bez złudzeń wrzuciłem swoje nimfy w piękny dołek. Chyba trzeci rzut, delikatne ugięcie się przyponu zacinam i… poszło! W górę w dół, dookoła mnie 🙂 No nie wierzyłem własnym oczom. Sześćdziesiątak jak nic! Tomek będzie miał wiosenną depresję 🙂

Oczywiście potwór nie pokazywał się na powierzchni, tylko idąc głęboko odjeżdżał raz w dół raz w górę. Jakoś tak dziwnie, zbyt mocno i w bok. Po kolejnym odjeździe naprowadziłem go ponad siebie i nierozsądnie podniosłem do powierzchni. Eeeeeeeeee… wszystko było wiadomo. Piękny czterdziestaczek podpięty za łuk skrzelowy 🙂 Hol trwał jeszcze trochę, fotka i do wody. Chudy ale bardziej wybarwiony od kolegów samiec pokłapał trochę szczęką i wrócił do swojego ulubionego dołka. Mojego również.

Idąc w stronę auta pojmałem jeszcze jedną rybkę. Cały łowienie zajęło mi 3,5 godziny, a te 5 rybek sprawiło mi w tych warunkach dużą przyjemność. Czy pojechałbym jutro? Nie. Czy za tydzień? Być może. Ale za 8 dni pojadę na sto procent. Przy takiej temperaturze, woda będzie już dobra, a pierwsze oczka w sezonie już widziałem!

2015-03-26-12.27.11