Czytanie rzeki. Światło.

IMG_3140.jpg

Pamiętam jak na jednych z pierwszych zawodów Grand Prix, mój kolega ze stanowiska łowił rybę za rybą. W przeciwieństwie do mnie. Po odebraniu ode mnie gratulacji, pełen obaw czy dostanę odpowiedź, spytałem: “co było kluczem do sukcesu w tej turze?” Kolega tajemniczo wyjaśnił, że “trzeba było lepiej ustawiać się do ryb”. Nie po raz pierwszy słyszałem takie zdanie, jednak jako młody (wtedy) adept muszkarstwa, musiałem poświęcić kilka dni na zrozumienie tej krótkiej i cennej uwagi.

Nie chodziło bynajmniej o stosowane swego czasu na Łupawie, „nęcenia nogami”. Skuteczne wzruszanie dna i łowienie poniżej, było mi już znane. Tym razem cała tajemnica kryła się w czytaniu rzeki lub jak kto woli, dobrym ustawianiu się w trakcie łowienia do światła. Może prościej: wiecie jak to jest kiedy jedziecie samochodem pod słońce? Wyobraźcie sobie pstrąga (który jest wzrokowcem) wpatrującego się cały dzień w toń wody, a oślepionego przez promienie słońca padające mu prosto w oczy. Nie sądzę żeby taka sytuacja poprawiała mu skuteczność obserwacji, oceniania i pobierania pokarmu płynącego po powierzchni lub w toni wody. Ryba zapewne tego nie cierpi, tak jak my.

Zwróćcie uwagę, że starzy doświadczeni wędkarze, wychodzą na łowienie ryb rankiem bądź wieczorem. Dlaczego? Bo mają wtedy czas? Pomijając kwestię aktywności owadów, spróbujcie ocenić sami jak wyglądają o tej porze dnia, cienie na wodzie i pod wodą. Staja się dłuższe, większe. To zdecydowanie powiększa obszar obserwowany przez ryby i zachęca je do zwiększenia swojej aktywności. Ryby wolą cień, pochmurne dni, ten moment kiedy nagle przed deszczem robi się ciemniej. To wszystko zachęca je do opuszczenia swojej kryjówki (w cieniu za kamieniem lub nawisem brzegu) i rozpoczęcie polowania. Pstrągi nie przepadają za mocnym słonecznym światłem i krótkimi cieniami.  Obserwacja potencjalnej ofiary jest łatwiejsza, kiedy słońce ryb nie razi.

Jak zatem powinniśmy postępować, zjawiając się w słoneczny dzień nad rzeką? Biegniemy do wody i jazda… WIem, nie mamy zbytnio czasu, ten wolny od pracy dzień nie zawsze jest idealnym na łowienie. Z drugiej strony, kto lubi łowić w deszczu? Wtedy kiedy leje mu się za kołnierz, pudełka namakają, kamizelka waży 10 kg. Łowienie w słońcu jest przyjemne ale… dla ludzi.

Jeśli już wyrwiemy się na jeden dzień na ryby, planujmy rozsądnie i łówmy świadomie. Oceńmy najpierw kierunek światła. Szukajmy miejsc gdzie słońce nie świeci z nurtem. Czyli miejsc gdzie promienie słońca padają z boku lub od dołu nurtu rzeki. Będziemy mieli wtedy większe szanse na to, że ryba zauważy naszą przynętę i zostanie zachęcona do brania. Są takie miejsca na Dunajcu, gdzie słoneczny dzień rozpoczyna się w głębokim cieniu (Kłodne). Zakręty gdzie drzewa tworzą naturalną ochronę przed słońcem. Są miejsca gdzie w wolnej chwili możecie obserwować gdzie przed słońcem chowają się ryby i jak sprytnie żerują (mur w Tylmanowej). Na szczęście Dunajec jest dużą i krętą rzeką, więc ze zmianą stanowiska w ciągu dnia nie powinno być problemu. Są miejsca gdzie naprawdę duże kamienie, tworzą idealne kryjówki z miejscem na rozsądne obserwowanie tego, co nurt przyniesie. Jeśli chcecie sami sprawdzić czy ta teoria ma sens, zachęcam do próby łowienia „ze słońcem” i „pod słońce”. Czekam na wyniki Waszych obserwacji.

BD-223.jpg

Advertisements

Kiedy ryby spadają

IMG_3548.JPG

Dyskusja na znanym forum, wkroczyła na taki etap, że… muszę się odezwać. Spadanie ryb to wina sprzętu ale nigdy… wędkarza.Są jednak tacy którym ryby nie spadają. Naprawdę. Dlaczego? Bo potrafią zestawić odpowiedni sprzęt, bo potrafią zaciąć w odpowiedni sposób i potrafią wyholować rybę. I to nie w kilka osób (co ostatnio często widzę na Dunajcu) ale pojedynczo, klasycznie zaopatrzeni w swój dobrze dobrany podbierak.

Spadanie ryb jest przypadkiem złożonym. Jedno jest jednak pewne: najlepszy sprzęt nie spowoduje, że ryby nie będą spadać. Najlepszy wędkarz z marnym sprzętem nie będzie łowił i holował lepiej, tylko gorzej.

Określmy najpierw co znaczy stwierdzenie: ryby mi spadają Czy jest to 1-2 ryby na 10, czy 8-9 na 10? W pierwszym przypadku, kiedy łowisz np 50 ryb dziennie jest to coś normalnego. Zdarza się, a można nawet przyjąć, że to kwestia Twojego zmęczenia. W drugim, kiedy łowisz 10 ryb dziennie i spada Ci 8-9, jest nad czym się zastanowić. Tak więc kiedy podczas rójki i masowego żerowania ryb, masz mnóstwo brań, ryby Ci spadają, nie martw się. Są one po prostu łapczywe i w dużej ilości pokarmu, często, szybko i niedokładnie zbierają. Aktywność ryb i sposób ich żerowania również ma znaczenie.Jeśli brania są pewne i po zacięciu ryby i kilkusekundowym kontakcie następuję spięcie, trzeba się zastanowić gdzie popełniasz błąd.

Sprzęt i błędy jakie mogą powodować spięcie się ryb:

– zbyt sztywna wędka
– błędnie dobrana klasa wędki
– źle dobrany sznur
– źle dobrany przypon
– źle dobrana średnica żyłki
– zły haczyk jego wielkość, jakość, rodzaj
– źle skonstruowana przynęta
– zła wielkość przynęty
– zły podbierak

To tyle jeśli chodzi o sprzęt. Jak widać czynników jest… wiele. W moim przypadku (tak zdarzają mi się spady ryb:)) zwykle jest to kwestia złego haczyka. Niestety sklepy nas nie rozpieszczają, a wina leży zwykle po stronie producenta. Wiosną łowiłem z kolegami na Dunajcu piękne i waleczne pstrągi. Po holu 3 pięćdziesiątek byłem załamany, wszystkie spadły mi przy podbieraku. Usiadłem na brzegu i od razu zwróciłem uwagę na haczyk. Ryby w silnym prądzie rozginały go z łatwością. Niestety problem w tym, że przynęta była wykonana na jednym modelu haczyka. Na tym który najpierw się rozginał i później wracał do swojego pierwotnego kształtu. Taki ekologiczny typ 🙂 Znany producent, źle dobrany model. Moja wina.

Pierwszą rzeczą jaką sprawdźcie to haczyk. Czy to sucha mucha czy nimfa, trzeba obserwować czy podczas zacięcia, holu i podebrania haczyk się nie rozgina. Można ewentualnie zmienić styl holowania ryby ale to już trochę trudniejsze zadanie. To co można od razu zmienić to rodzaj haczyka, żyłka i sznur. Kwestia wędki jest ważna ale problem z jej akcją można rozwiązać w inny sposób. “Nauczyć się” swojej wędki. Pamiętam ile czasu mi zajęło dostosowanie swojego holu, do szybkiej akcji Sage One. Kolega który kupił ją ode mnie również notował na początku wiele spadów, jednak po kilku treningach jego hol stał się pewniejszy i szybszy.

Sprzęt jest ważny, ale to Wasze umiejętności decydują bardziej o tym czy ryba spadnie czy nie.

Miękka wędka to pójście na łatwiznę. Wiele wybacza, daje mały margines jeśli chodzi o wielkość łowionych ryb i według mnie jest to wybór dla tych leniwych. Oczywiście są kije sztywne jak kij od szczotki, bez duszy, akcji i trudne do opanowania, ale takie wynalazki powinniście już dawno znać. Są zatem kije łatwiejsze i trudniejsze do opanowania i są też… szklaki :).

Unikam żyłek miękkich. Unikam amortyzatorów przy łowieniu lipieni. Modne kilka lat temu szybko zamieniłem na kilka dobrych żyłek, dobrałem odpowiedni przypon i łowię bez nich.

IMG_3519.JPG

Technika zacięcia-holowania i podstawowe błędy:

– złe zacięcie (zbyt słabe lub zbyt silne)
– siłowy hol pod prąd
– złe ustawienie się w stosunku do holowanej ryby
– nie korzystanie z hamulca kołowrotka
– zbyt wczesne wyciąganie podbieraka
– brak wyczucia kiedy ryba jest gotowa do podebrania

Zacięcie musi być dostosowane siłą do rodzaju ryby jaką się łowi. Pstrągi zacinamy zdecydowanie i szybko. Lipienie o wiele wolniej i delikatnie. Głowacicę… 🙂 siłowo. Jeśli rozszarpujesz pysk lipienia mocnym zacięciem, nie dziw się, że ryba Ci później spada. Zacinanie różnych wielkością lipieni (jeśli tylko jest to możliwe) powinno różnić się w zasadniczy sposób. Wolne i delikatne zacięcie i zdecydowany ale dłuższy hol da Ci dużo większe szanse na wyciągnięcie ładnej sztuki. Małe można zacinać trochę szybciej, jednak zawsze wolniej niż pstrąga.

Holowanie, mój konik :). Niestety to co widziałem w lecie na Dunajcu nie napawa optymizmem. Wiem że większość z Was chce łowić, a nie spędzać czas na szlifowaniu swoich umiejętności holu. Wyrwani ze zgiełku miasta, zakładacie streamera i szybko go walicie w dół wody. Zacinaja się praktycznie same. Pozostaje tylko podciągnięcie ich do siebie pod prąd. Rozciągnięte pyski, pourywane wąsy. Zgroza.
Finezji w tym jednak nie ma, szczególnie jeśli łowicie te wpuszczone na zawody 25-27cm rybki. Jak zapina się 40-50cm byczek, jest już zbiegowisko i zwykle długi hol zakończony porażką.

Ryby spadają jeśli Wasza technika zacięcia i holu jest słaba. Wtedy kiedy holujecie rybę zbyt siłowo. Rybę która wymaga holu zrównoważonego. Wtedy kiedy podciągacie ją pod prąd. Wtedy kiedy siła prądu zwielokrotnia ciężar ryby, a Wy dodatkowo podciągacie ją jeszcze w górę rzeki zwielokrotniając obciążenie haka, żyłki, wędki. Wtedy kiedy zaraz po zacięciu ściągacie sznur do ręki zamiast dać popracować kołowrotkowi z dobrze nastawionym hamulcem.

Jak sami widzicie, czynników które powodują że ryba spada, jest bardzo dużo. Zwykle kiedy kilka z nich ma miejsce, ryby z “uśmiechem na ustach” uciekają w swoje ulubione prądy. I całe szczęście 🙂

Raz w górę raz w dół

IMG_1964

Pełnia lata, sezon urlopowy. Nie oznacza to, że czasami nie pada, lub nie grzmi. Ostatnie dni na Dunajcu to cykliczne podnoszenie się wody (do15m3) i jej spadki (do10m3). Podobno trwają prace konserwacyjne na zaporze, stąd takie skoki poziomu wody. Rzeka jest bardzo niska od 20.00 do 8.00 rano. Późniejszy wzrost jej poziomu, powoduje lekkie zmętnienie i jeśli dojdą do tego deszcze, woda przybiera kolor musztardowo-zielony.

IMG_2510

W czasie kiedy woda się podnosi, brania całkowicie ustają. Po ustabilizowaniu się wyższego poziomu, ryby wracają do żerowania. Nasza taktyka nie dotyczy osób które lubią się w trakcie wolnego dnia wyspać. Wstać trzeba wcześnie. Najwytrwalsi łowią od świtu. Można zacząć trochę później i zacząć swoje łowienie od dolnej części OS. O godzinie 8.00 wysoka woda jest już w Krościenku ale na dole będzie 1-2 godziny później. Jeśli pojawią się lekkie nocne opady, to nasza taktyka zaczynania w Tylmanowej, może wziąść w łeb. Boczne potoki dodatkowo brudzą wodę i na dole jest już ona mocno trącona. Ale jeśli brudzą tylko górne potoki, rzeka czasami jest na dole czysta, a w Krościenku tylko lekko przybrudzona. Wtedy zaczynamy łowienie od dołu.

Piszę o tym ponieważ wiem ile osób przyjeżdża w trakcie wakacji na jeden dzień łowienia. Nie mają wolnego czasu i starają się zrekompensować sobie brak urlopu tym jednym dniem nad wodą. Szkoda by było gdyby zrażeni kolorem wody i jej poziomem nie uwierzyli w potencjał wody. A potencjał jest. Obecnie wylatuje duża musztardowa jętka #10. Pojawia się też czasami maleńka oliwkowa jęteczka #18. W trakcie zmętnienia wody skuteczne są glajchy i inne robale (jig#14, 4-4,5mm). Łowimy wtedy ciężko, prowadząc nimfy po dnie na skrajach głównego nurtu. Ryby jest dużo, trafiają się dni z licznymi braniami lipieni i pstrągów. Cóż środek sezonu…
IMG_2506

Niska i ciepła rzeka

IMG_1960

Koniec lipca, plus 30 stopni przepływ od 10-17m3. Warunki sprzyjające i jednocześnie trudne. Wydawałoby się że przy tak niskiej wodzie, ryby skupiają się w szybkim nurcie i stosunkowo łatwo je złowić. Nic bardziej mylnego.

Pomijając kwestię ilości ryb na OSD, można przyjąć że w takich warunkach pogodowych, przy tym przepływie i tak wysokiej temperaturze rzeki, ryby powinny być ospałe i nie pobierać pokarmu. Powinny też poszukiwać szybkich natlenionych nurtów. Lepiej jednak przyjąć, że pstrągi zajmują wreszcie swoje normalne stanowiska, a lipienie zachowują się w naturalny sposób. Pierwsze z nich można w ciągu słonecznego dnia znaleźć w głębokich kamienistych partiach nurtu, lub inaczej: w głównym nurcie rzeki. Drugie w typowych dla nich spokojnych głębokich płaniach. Widocznego na zdjęciu pstrąga 50+ złowiłem w takiej właśnie wodzie: spokojnym głównym nurcie rzeki z duża ilością wielkich głazów (kryjówek). Na podstawie własnych obserwacji, mogę stwierdzić że pstrąg woli zacienione miejsca za głazami, przy dnie, od tych bardziej oświetlonych. Obserwowałem kiedyś na Sanie kilka ładnych sztuk, które w ciągu całego dnia ustawiały się w cieniu wielkiego głazu, unikając jego nasłonecznionej części.

Tak więc jeśli chcecie łowić skutecznie ryby w tak trudnych dla nas warunkach, starajcie się zrozumieć zachowanie ryb i szukajcie ich raczej przy dnie i w głównym nurcie rzeki. Jak poprowadzić w takich miejscach nimfetkę na haku #16, to już całkiem inna historia… 🙂

IMG_1955

Trzeba jechać

img3977g

Jest 25 marca i wydaje się, że to naprawdę pierwszy dzień wiosny. U nas plus 18, zające biegają, muchy obijają się o okna. Pudełka z muchami spakowane, kołowrotki naoliwione, wędki wyczyszczone, sznury nawinięte. Żona uprzedzona.

Trzeba jechać. Oczywiście, większość z nas już łowiła. Łowi od lutego. Rozumie to, sam tak postępowałem ale z biegiem lat uruchamiam swoje kości trochę później. Wybieram się jutro. Pogoda ma być lekko złamana, pochmurnie, więc są to idealne warunki na start. Ale czy nie za wcześnie?

Na forach aż huczy od informacji ile to złowiono i jakie były te pierwsze ryby. Jakie? Chude, długie małe i wymęczone. Na FB mnóstwo zdjęć, ale tylko wiosenne tęczaki wyglądają przyzwoicie. Reszta raczej w słabej kondycji.

Pisałem kilkanaście wpisów temu, że to nie temperatura powietrza, księżyc, nasze chęci czy teściowa decydują o tym kiedy warto pierwszy raz w roku wyjść z wędką nad wodę. Decydują natomiast miejscowe warunki hydrologiczne. Temperatura wody, obecność rybiego pokarmu w wodzie, aktywność owadów. Kiedy po kilku dniach temperatury dodatniej powyżej 10 stopni, schodzą ostatnie śniegi z górskich polan, kiedy nad wodą pojawiają się pierwsze owady i kiedy widać jak ptaki ganiają je nad powierzchnią wody, wtedy warto. U mnie pierwszym znakiem zawsze są… zające. Jak ganiają po polach znaczy to, że można. Ale gdzie?

Duża rzeka czyli Dunajec, to najgorszy wybór. Spuszczana ze zbiornika woda (czyli rozpuszczony lód plus lekko podgrzana woda bieżąca) jeszcze przez kilka tygodni będą utrzymywać w ryzach nasze pstrągi. Nie pomoże dodatkowe zarybianie, ryba zalegnie przy dnie i tam będzie można ją wprawdzie dostać na wleczonego powoli streamera, ale nie będzie to prawdziwe łowienie jakie lubimy.

Rozwiązaniem są w takim przypadku małe rzeczki. Szybko się ogrzewające, przy braku spływu zimnej wody z pół i łąk. Wzmożona aktywność owadów powoduje, że właśnie jutro, pojadę wreszcie wrzucić coś do wody. W moim przypadku będzie to jak zawsze Mszanka, a o wynikach powiadomię w następnym poście.

IMG_4000

Nóżki i skrzydełka

2015/03/img_0034-0.jpg

Nadchodzą dni kiedy przynęta powierzchniowa będzie dominować w menu pstrąga. Postaram się odświeżyć trochę informacji na temat zachowań pstrąga pobierającego przynętę z powierzchni.

Ryba żywiąca się spływającym po powierzchni wody pokarmem, musi być uważnym wzrokowcem. Patrzy w górę obserwuje, ocenia i dopiero później rusza w kierunku przynęty. Rusza lub raczej zwalnia hamulce trzymające ją przy dnie i wykorzystując prąd wody, powoli unosi się w tył i w górę swojego stanowiska obserwacyjnego. Dlatego miejsce w którym następuje branie jest czasami dużo dalej w dół rzeki od stanowiska obserwacyjnego przy dnie. Muszkarz, jak dobry snajper musi przy każdym rzucie wziąść poprawkę na ten dystans i celnie podać przynętę. Czynnikiem deprecjonującym miejsce rzutu jest tutaj głębokość łowiska i szybkość prądu wody. Poprawny jest rzut powyżej stanowiska ryby, nigdy w miejsce gdzie widzieliśmy oczko. Już Vince Marinaro w swojej publikacji z 1995 roku tłumaczył, że błędnym jest podawanie przynęty w pobliże oczka, gdyż ryba zajmuje stanowisko obserwacyjne dużo powyżej niego. Dlaczego jest to tak ważne wytłumaczę pokrótce poniżej.

Pstrąg obserwując powierzchnię wody, posiada ograniczony zasięg widoczności. Jest on określany jako stożek idący od jego oka do powierzchni, wielkością zależny od głębokości wody. Oczywiście mówimy tutaj o wysokiej przejrzystości wody. Czyli im woda płytsza tym pstrąg widzi mniej. Co ciekawe stożek widzialności dotyczy nie tylko przestrzeni wody, gdyż ponad nią pstrąg też coś widzi. Czary? Wykorzystując kąt załamania światła widoczne są dla niego obiekty płynące po powierzchni wody lecz jedynie w zakresie do 10 stopni kąta pomiędzy powierzchnią wody, a granicą stożka widoczności podwodnej. Uffff tyle teorii.

Co to znaczy dla zwykłego muszkarza? Ryba położona na dnie o głębokości 180 cm „widzi powierzchnię wody” w zakresie koła o powierzchni około 160cm, przy 90cm-85cm, przy 30cm-27cm. Pamiętajcie że mówimy o widoczności „do” powierzchni wody. Czyli to co nad jest na razie niewidoczne. Ale są też dobre wiadomości. Pstrąg widzi też to co płynie poza stożkiem. W zaawansowanych publikacjach, efekt ten nazywany jest lustrem lub oknem widoczności. Ważne jest to, że poza stożkiem pstrąg może oglądać swoje pożywienie, lecz nie w całości…

Wynika to z opisanego powyżej efektu, lub raczej zniekształcenia obrazu powierzchni wody. W efekcie najlepiej widocznym dla pstrąga obrazem do powierzchni wody są nóżki owada (lub inaczej to co przebija powierzchnię wody czyli np tułów), powyżej powierzchni wody jest wystający nad nią wysoki przedmiot. Im wyższy tym lepiej czyli… skrzydełka muchy.

Panowie Clark i Goddard mieli dużo wolnego czasu i zajęli się kiedyś badaniami i fotografowaniem owadów płynących po powierzchni. Od spodu i w taki sposób jak widzi to pstrąg. Efektem ich pracy były wnioski potwierdzające istnienie wspomnianego powyżej stożka widzialności i załamania widoczności ponad powierzchnią wody. Co ciekawe płynęły też z tych obserwacji ciekawe wnioski dla wędkarzy. Ryba obserwując powierzchnię wody widzi w pierwszej kolejności nóżki, później tułów muchy, a na końcu skrzydełka. Dalej w trakcie zmniejszania się odległości do muchy, pstrąg coraz gorzej widzi skrzydełka ale może dalej obserwować nóżki i tułów. W momencie wpłynięcia muchy w stożek, ryba widzi już wszystkie trzy kluczowe części owada i to wtedy podejmuje ostateczną decyzję.

Wspomnieni powyżej Panowie C&G pokusili się też o podsumowanie całego procesu obserwacji. Uważają że kluczową kwestią decydującą o wyjściu pstrąga do muchy nie są jej skrzydełka. Ich widoczność jest dobra dopiero w momencie silnego zbliżenia się przynęty do ryby lub inaczej wpłynięcia muchy w zakres stożka. Z dużej odległości skrzydełka mogą być widocznie lecz im bliżej stożka widzialności, stają się one niewidzialne dla ryby.

Co w takim razie decyduje o tym czy dana mucha zostanie „pobrana”. Według obserwacji C&G oraz wykonanych zdjęć Pana Marinosa, kluczowym momentem jest przekroczenia granicy stożka przez napływającą przynętę. To wtedy pstrąg decyduje czy „wszystko gra” i czy może wyjść do przynęty. Nie chcąc marnować swojej energii dokonuje oceny pozycji muchy w wodzie, określa czy przy swoim zaangażowaniu, będzie w stanie odpowiednio ustawić się w stosunku do przynęty i zebrać ją bez problemu.

Sumując: pstrąg pobiera pokarm dokonując wcześniej jego oceny. Wyjście do muchy następuje w momencie przekroczenia przez przynętę granicy stożka widoczności, wtedy kiedy ryba widzi nóżki, tułów i skrzydełka. Wcześniej kiedy widzi jedynie nóżki „przymierza” się do podjęcia decyzji. Widoczność nóżek pozwala rybie zająć wcześniej lepszą pozycję do oceny muchy i jej pobrania. Błędy wykonania muchy na tym etapie lub błędna jej prezentacja powodują brak wyjścia.

Zwróćcie uwagę jak duże znaczenie ma prawidłowa prezentacja muchy. Zaburzenie tego procesu, poprzez poruszenie muchą w trakcie dryfu, lub nienaturalną pozycję skrzydełek, spowoduje że ryba źle oceni przynętę i zacznie szukać innej. Na pewno obserwowaliście kiedyś żerujące pstrągi. Widać wtedy w jak w selektywny sposób wybierają swoje ofiary i zmieniają stanowiska obserwacyjne. Prezentacja nie wyklucza definitywnie ruchu suchej muchy. Wtedy kiedy jest on naturalny (wylot chrusta) jest dobrze oceniany przez rybę i w naturalny sposób pokarm jest pobierany.

Inną kwestią jest bardzo ważny element konstrukcji suchej muchy – tułowie. Zwracam Wam uwagę na fakt że w ostatnim czasie przynęty suche o konstrukcji z zanurzonym tułowiem (np Klinghamer), są bardzo popularne. Z czegoś to wynika… 🙂 bo lepiej pływają? Jeśli wyciągniecie z tego tekstu prawidłowe wnioski, sami szybko ukręcicie skuteczne wzory. Ja mogę jedynie po raz kolejny zwrócić Wam uwagę na ich: wielkość, kształt i kolor. W tej kolejności.

Prezentowanie suchych much w każdym przypadku, musi spełniać pewne kryteria. Postępujcie świadomie, na podstawie pozyskanej wiedzy i własnych doświadczeń bo sama obserwacja czy pomysły „kolegów zawodników” często zaprowadzą Was na manowce.