Przypon do muchy

PRZYPON.jpg

Czasy kiedy każdy rodzaj żyłki wystarczał, już minęły. Zaczynając przygotowanie zestawu muchowego, powinniśmy wiedzieć, że każda z metod wymaga użycia odmiennego przyponu. Kiedyś było to bardzo proste: trzeba było używaćjak najmniej żyłki (bo była mało dostępna). Teraz kiedy w ciągu jednego dnia łowienia zużywamy około 10-20 metrów drogiego fluorocarbonu (bez konstruowania nowego całego przyponu) wiemy przynajmniej, że jego ciągła wymiana ma jakiś sens. Bo każda z metod, to zupełnie inna konstrukcja zestawu.

Założenia ogólne są następujące:

  • przypon powinien być krótszy od długości wędki o 20-30 cm, zapobiega to blokowaniu się miejsca połączenia sznura z przyponem na przelotkach (nie dotyczy metody żyłkowej)
  • konstrukcja i długość przyponu jest zależna od stosowanej metody
  • rodzaj żyłki zależy od stosowanej metody
  • przypon ma kształt koniczny (zwężający się w kierunku końca)
  • kluczowe jest połączenie go ze sznurem w taki sposób, aby energia przekazywana przez sznur w trakcie rzutu (patrz rysunek), przechodziła płynnie na przypon, nie załamując go w miejscu łączenia ze sznurem (unikać koszulek, fabrycznych pętelek, kółeczek, może wygodnych, ale przeszkadzających w prezentacji muchy)
  • grubość żyłki odcinka roboczego, zależy od wielkości ryb jakie chcemy łowić. Przypon budujemy „od jego końca” zwiększając przekrój żyłki o jeden dwa rozmiary (max) w kierunku połączenia go ze sznurem

Są odstępstwa od tych reguł. W przypadku łowienia na jeziorze, przypony mają czasami 6-12m długości. Przypon do metody żyłkowej, ma maksymalnie długość dwóch wędek (obecne przepisy PL) i w trakcie jego budowy musimy o tym pamiętać.

Streamer

Najprostrzy do wykonania, pojedynczy lub ze skoczkiem, najkrótszy (50-100cm). Musi być krótki bo końcówka sznura tonącego, powinna go szybko zatapiać i sprowadzać do dna. Ten krótki odcinek żyłki, powinien być również na tyle sztywny by zbytnio nie falował w wodzie. Ważny jest tutaj kompromis pomiędzy jego sztywnością, a elastycznością pomagającą w dobrej, naturalnej imitacji rybki. Żyłka tonąca, fluorocarbon.

Mokra mucha

Trzy czwarte długości wędki to dobry rozmiar. Należy pamiętać, że w przypadku mokrej muchy odległość pomiędzy skoczkiem, a muchą prowadzącą powinien być trochę większy (100-150cm). Pozwala to na imitowanie nimf dennych jak i podpowierzchniowych. Żyłka tonąca, monolityczna, a w ostatniej sekcji roboczej fluorocarbon.

Sucha mucha

W przypadku tej metody, najważniejsze jest takie dobranie długości przyponu konicznego, aby pozwalał on nam na płynne i delikatne zarzucenie suchej muszki. Zwykle jest to 3/4 długości wędki ale zdecydowanie polecam dobieranie długości w taki sposób, aby rzut był płynny i naturalny. Żyłka monolityczna, a ostatnie 50cm fluorocarbon (mniej widoczny dla ryb).

W tej metodzie polecam fabrycznie produkowane przypony koniczne. Do ich końca należy dowiązać odcinek roboczy z FC. Nie stosujcie przyponów plecionych (jak ja 30 lat temu). Rzuca się nimi łatwiej, ale bardziej płoszą ryby, nasiąkają wodą, zbierają z powierzchni brud, a w przypadku złego rzutu haczyk chętnie się w nie wbija.

Nimfa

Długość przyponu zależu od zastosowanej techniki łowienia. W przypadku krótkiej nimfy, kiedy sznur #000 praktycznie nie dotyka wody, przypon jest tak długi jak głębokość wody w miejscu łowienia plus 20-30 zapasu (zależy też od uciągu wody).  W tej metodzie zawsze jest lepiej użyć krótszego odcinka roboczego, niż tego dłuższego. Dłuższy nie pozwala na odpowiednią kontrolę prezentowanych nimf. Żyłka fluorocarbonowa.

W przypadku dalekiej nimfy, długość 3/4 jest odpowiednia. Oczywiście kontrola nad muchami przy takim zestawie jest bardzo trudna i wymaga dobrej kontroli nad wędką. Są osoby dla których prezentacja much jest czarną magią i wtedy stosują zwykle przypony dłuższe. Jeśli chcecie łowić świadomie i prowadzić muchy, a nie czekać jak się same zatną, stosujcie przypony 3/4. Żyłka monolityczna jest całkowicie wystarczająca.

Mikro nimfy (pedałki). Jak powyżej lub dwie długości wędki. Odległość pomiędzy mikro nimfami powinna byc większa 100-150cm. Ze względu na mały ciężar nimfetek, przypon ten jest bardzo trudny do zestawienia. Żyłka monolityczna i fluorocarbon w odcinku roboczym.

Metoda żyłkowa. Przypon dwie długości wędki, to odcinek długość wędki plus 20cm (grubszy np 0,18-0,24) z żyłki dwukolorowej lub fluo, później odcinek 20-50cm z żyłki fluo (indykator brań) oraz odcinek roboczy zależny od głębokości łowiska (żyłka fluorocarbonowa, dwie grubości). Taki zestaw wydaje się bardzo skomplikowany ale  uwierzcie mi, działa.

W każdym przypadku, podstawowym celem wędkarza powinna być prawidłowa prezentacja much. Nie odległość rzutu.Zwykle znajdziecie w internecie przepisy na przypony z podanymi długościami poszczególnych odcinków. Problem w tym, że o jakości każdego zestawu-przyponu decyduje: akcja wędki, zastosowany sznur, łaczenie pomiędzy sznurem, a przyponem i grubość żyłek przyponu roboczego. Dlatego uniwersalne przepisy z netu są zwykle do „bani” :). Życzę Wam miłego wiązania swoich własnych przyponów, dostosowanych do Waszych ulubionych metod, wędek i sznurów.

Advertisements

Inwestycja w sprzęt

FullSizeRender.jpg

Myślę że mogę postarać się pomóc początkującym adeptom muszkarstwa w wyborze odpowiedniej strategii doboru sprzętu wędkarskiego. Mam za sobą trochę doświadczeń w tym zakresie. Złych i dobrych. Czy bardzo pomogę: nie wiem. Na pewno nie będę swoich doświadczeń (jak wielu innych) zachowywał wyłącznie dla siebie. Jakie czynniki decydują o zakupie danego sprzętu? Poziom wędkarza (początkujący, średni i zaawansowany), wiedza na temat sprzętu i… stopień uległości wobec reklamy i opinii innych, możliwości, finansowe czy żona?

Osoby początkujące, szukają sprzętu czytając o nim w internecie. Zwykle młodzi tak bardzo wierzą w to medium. Jest to na tyle złudne, bo w żaden sposób nie są w stanie zweryfikować tego czy osoba sugerująca pewien wybór, jest rzeczywiście doświadczonym i świadomym wędkarzem. Wieki temu (no dobrze, dekady temu) wszystko zaczynało się w klubie wędkarskim. Wtedy kiedy nie było jeszcze rywalizacji w zawodach, kluby były miejscem wymiany informacji, miejscem gdzie można było od szacownych nestorów i praktyków wędkarstwa dowiedzieć się wiele na temat sprzętu. Ta informacja była żywa, szczera i łatwa do zweryfikowania. Wędkarze początkujący, polegają na opinii sprzedawców. Jest to jeden z podstawowych błędów jaki robią, bez względu na to czy sprzedawca reprezentuje poziom wysoki lub nie. Z tego mianowicie powodu, że nie wie on jaki poziom prezentujecie (gdzie i jak łowicie) i nie może go w żaden sposób, na miejscu zweryfikować. W efekcie takiej rozmowy pojawiają się „wędki uniwersalne” „sznury do każdej metody” i „bardzo ładne drewniane podbieraki z gumową siatką”.  Zakup dokonany i … po kilku tygodniach intensywnego łowienia każdy młody adept już wie, że trzeba będzie to wszystko szybko sprzedać na allegro.

Po kilku takich wpadkach i kilkunastu latach łowienia, wędkarz jest już średnio zaawansowany. Rozpoznaje „opowiadaczy” od praktyków, aktywnych wędkarzy muchowych od tych internetowych. Wie już jakie sklepy oferują dobre produkty i coraz mniej polega na opinii kolegów, a zaczyna

dobierać sprzęt do swoich własnych wypracowanych preferencji

Krótko mówiąc wchodzi w okres samodzielnego, świadomego budowania swojej własnej wiedzy na temat sprzętu. Dlaczego jest to dobry kierunek? Musicie zrozumieć, że każdy z nas jest zupełnie innym człowiekiem i wędkarzem :). Ilość czynników jakie decydują o zakupie sprzętu jest tak wiele, że bardzo trudno jest dobrać coś dla siebie, a tym bardziej dla kogoś obcego. Mogę zdecydowanie powiedzieć, że uniwersalne rozwiązania nie istnieją. Równolegle z wzrastającym poziomem wędkowania, wzrasta potrzeba stosowania specjalistycznego wyposażenia do każdej z metod. Poziom średnio zaawansowanego wędkarstwa, to okres największych wydatków, prób i błędów prowadzących jednak do… lepszych wyborów.

Czasami czytam fora i śmieję się do łez, słysząc dorabiane na poczekaniu ideologie, sugerujące stosowanie kijów z leszczyny czy bambusa. Zwykle piszą o nich słabo zaawansowani wędkarze, „gwiazdy internetu”. I nie piszę tutaj o ich zaawansowaniu wiekowym. Spotykając się z tak dużą ilością muszkarzy, widzę że często już sam zestaw jaki stosują mówi o ich poziomie. W swoich podróżach nad Dunajec, nie miałem do tej pory przypadku żeby dobrze wyposażony muszkarz (sprzęt i akcesoria) łowił jakoś szczególnie źle. Natomiast w przypadku tych źle wyposażonych, zdarza się to bardzo często. Podobne rozbawienie budzi we mnie 20 letni sprzedawca, sugerujący wybór sprzętu stwierdzeniem: „bo ja na taki łowię” lub „bo na taki łowią zawodnicy”. Unikajmy takich sklepów, a swoją wiedzę budujmy w oparciu o łatwe do zweryfikowania opinie przyjaciół, którym ufamy, ale co najważniejsze

o własną praktykę i doświadczenia wędkarskie

Bardzo często spotykam się z pytaniami czy warto inwestować w drogi sprzęt. A warto inwestować w drogi samochód? Wśród sprzętu drogiego i taniego są perełki, diamenty, bardzo udane modele sprzętu jakie niestety produkowane są tylko przez kilka lat. Niestety tak samo jak w przemyśle samochodowym i fotografii pojawiają się okresowo produkty, nabierające z czasem miana „kultowych”. Jak je rozpoznać? Bardzo dobre opinie użytkowników przez wiele lat i praktyczny brak ofert sprzedaży w komisach internetowych. Takie cechy znamionują sprzęt dobry, niekoniecznie nowy, ale przez lata trzymający jakość na wysokim poziomie.

Jeśli poczujecie że nowy, właśnie zakupiony sprzęt odbieracie jako lepszy, bardziej komfortowy, to zrobiliście właśnie krok w przód na długiej drodze zbierania wiedzy na temat doboru sprzętu

Moje subiektywne wybory: jeśli ma dla Was znaczenie moje zdanie, podzielę się z Wami tym, jak ja obecnie wybieram sprzęt. Szukam sprzętu nowego, ale ze średnio niskiej półki, albo używanego z wysokiej. W pierwszym przypadku interesują mnie wartości użytkowe, w drugim zastosowane w produkcji nowoczesne materiały i technologie. Bardzo rzadko zdarza się, że nowe (opisywane na produkcie) technologie, tak naprawdę wnoszą coś nowego. Producenci wiedząc, że Wasz wybór jest całkowicie subiektywny, nie zaproponują każdemu z Was coś odrębnego. Zaproponują coś uniwersalnego dla jak największej grupy odbiorców.

Wydawało by się, że najlepszym wyborem będzie zatem kij na zamówienie. Nie polecam kijów z pracowni wędkarskich. Szczególnie osobom początkującym. Szanuję pasje, skrupulatność i dokładność wykonawców wędek tego typu, jednak zwróćcie uwagę co decyduje o zakupie takiego sprzętu: jakość wykonania detali (z tym w produkcji masowej jest różnie) i ogólny wygląd zewnętrzny wędki. Nie decydują o zakupie jego cechy potrzebne do zaprezentowania przynęty i wyholowania ryby tylko… wygląd i personalny podpis. Oczywiście nasi rzemieślnicy zadają nam pytania na temat akcji kija, jego wagi itd ale nie znają i nie będą znać naszych umiejętności, preferencji i stosowanych metod muchowych, bo w jednej czy dwóch rozmowach im o tym nie opowiemy. Ideałem byłoby wykonanie przez nich kilku (jak nie kilkunastu zamówionych wędek) zgodnych z naszymi sugestiami i później wybór jednej po jej praktycznym sprawdzeniu nad wodą. Wszyscy wiemy, że taka opcja nie jest dla nich możliwa i opłacalna…

Nie przywiązuję się do konkretnego producenta sprzętu, wiedząc że wśród bardzo dobrych marek, pojawiają się bardzo złe produkty. Na koniec podzielę się z Wami jedną okrutną maksymą, która rozpowszechniona została kiedyś przez Włochów. Mówią oni że „z gówna diamentu nie zrobisz”. Może nie jest to najlepsze zakończenie tego wpisu, ale uwierzcie mi, że jakość komponentów zawsze wpływa na finalne możliwości produktu. No i żona…

Widziałem wyjście do suchej

DSC_8272-1.jpg

Sucha mucha, ulubiona metoda nowicjuszy zaczynających przygodą z łowieniem na muchę. Są wędkarze, którzy wierni klasyce, łowią wyłącznie na suchą. Szukają oczek i jak “coś wychodzi” albo “chlapie” albo “robi oczka” łowią na super suche suszki :). Dopiero po jakimś czasie zauważają, że popularne “wyjścia” różnią się od siebie. Zwykle gdy nic nie łowią. Wtedy zwalają swoje niepowodzenia na zły wzór muchy, jej wielkość lub nieodpowiedni przypon.

Wnikliwy, doświadczony obserwator, potrafi rozróżniać pojawiające się na wodzie oczka. Rozróżnić można chlapanie, bulkanie, przewijanie się, wybrzuszanie, robienie bąbelków, cmokanie lub “delfinka”. Dla nowicjusza oczko pozostaje w dalszym ciągu zwykłym oczkiem, takim samym jak wiele innych.

Zawsze zastawiałem się czy jest jakiś związek pomiędzy rodzajem oczka, gatunkiem ryby, a pokarmem jaki pobiera. Po dosyć długiej obserwacji okraszonej wieloma niepowodzeniami zacząłem powoli rozróżniać poszczególne rodzaje wyjść i w zależności od swoich spostrzeżeń stosować odpowiednie przynęty. Nie zawsze skutecznie 🙂 Jednak w obliczu pojawiania się rójki, coraz częściej zacząłem stosować nie suche muchy, ale przynęty podpowierzchniowe.

Widoczne na powierzchni wody żerowanie ryb, nie zawsze oznacza pobieranie pokarmu z jego powierzchni

Widząc wyjścia powinniśmy założyć, że ryby są aktywne w stosunku do pokarmu płynącego po powierzchni, pod powierzchnią lub przebijającego właśnie powierzchnię wody. Daje to nam różne możliwości stosowania przynęt w trakcie rójki (suche, spenty, spinnery, lekkie nimfy).

Myślę że można się tutaj pokusić o stwierdzenie, że w zależności od rodzaju pokarmu, ryba wykonuje specyficzny, odmienny rodzaj ruchu w trakcie jej pobrania.

Czyli przy dobrej obserwacji możemy zastosować odpowiednią i pewniej bardziej skuteczną muchę. Jeśli widzimy wybrzuszenie się wody w miejscy gdzie przebywa ryba, możemy założyć, że goni wyrajającego się owada i po samą powierzchnią wody zawraca w kierunku dna. Wybrzusza tym samym powierzchnię wody dając znak, że pobiera pokarm w postaci nimfy z pod jej powierzchni.

Jeśli pokazuje swój grzbiet (nakrywa muchę od góry), zwykle pobiera z powierzchni przeobrażającego się właśnie owada. Czy jest to chrust czy jętka wszystko jedno.

Ryba wyraźnie goni coś pod powierzchnią wody zostawiając za sobą skośne falki na powierzchni. Jest to gonitwa za wyrajającym się chruścikiem. Często zakończona mocnym chlapnięciem na powierzchni.

Wróćmy jednak do oczek. Na pewno widzieliście już oczka z bąbelkiem na powierzchni. Według znawców tematu bąbelki potwierdzają, że sasysany jest przeobrażający mały owad albo spent.

Są sytuacje w których ryby pokazują nam swoje ogony. Widziałem takie zdarzenia na Sanie przy bardzo niskim stanie wody. Od razu założyłem suchą muchę i oczywiście byłem totalnie zignorowany przez ryby. Na szczęście przypomniałem sobie jedną starą książkę i założyłem sanowe lekkie kiełże. Krótko mówiąc lipienie żerowały na kiełżach, a ze względu na niski stan wody pokazywały swoje ogonki zbierając pokarm z samego dna :).

Tak więc jak widzicie nic w tym pięknym świecie nie jest pewne. Wyciąganie błędnych wniosków na podstawie wyraźnych i czytelnych (według pierwszej obserwacji) sygnałów jest bardzo częstym błędem. Nie tylko na rybach ale w codziennym życiu również :). Dlatego sugeruję uważną obserwację oczek, bo jak widać nie każde oznacza, pobieranie przez ryby suchej muchy.

Dunajec 2016

IMG_1911.JPG

Zaczęło się w kwietniu. Bardzo dużo pstrąga. Wszystkie roczniki, przewaga tych powyżej 30cm ale dużo też małych, zawodniczych. Wszystko to napawa optymizmem. Dopiero z końcem miesiąca, udało się pierwszy raz połowić tak jak trzeba. Co to znaczy? Pamiętam czasy, kiedy na Dunajec jechało się z Katowic kilka godzin. Wąskie drogi, zatory, przystanki na śniadanie, nocne pobudki, termosy bułki i jajka i 5 osób w dużym Fiacie. Wtedy byliśmy szczęśliwi, kiedy jeden z nas wracał z “kompletem”. Czyli trzema rybami na koncie. Dużo częściej, zdarzały się wyjazdy bez wymiarowej ryby …

Dunajec w 2016 roku jest inny. Dobry dzień, to brania na nimfy i suchą muchę, które dają 30-50 ryb w ciągu dnia. Ryb miarowych, czyli takich powyżej 30cm. Tak było na Os z końcem kwietnia. Wyjścia do suchej, brania na nimfy, żerujące intensywnie pstrągi, czasami ładny lipień. Bajecznie.

Maj. Najlepszy miesiąc na odcinku specjalnym. Dobra wędkarska pogoda, dużo owadów ale w porównaniu z innymi latami zdecydowanie mniej chruścika. Polowanie na 60cm potoka. Niestety w tym roku nic z tego nie wyszło. Było kilka kontaktów z naprawdę dużymi rybami. Są miejsca na OS Dunajec, gdzie nie ma brzegu na bieganie za rybą i ryby chyba o tym wiedzą…

Czerwiec. Coraz cieplej, coraz lepsze łowienie w prądach. Myślimy już o wakacjach. Może wobec takiej ilości ryb i ich wspaniałego żerowania trzeba zastanowić się nad dłuższym pobytem nad Dunajcem? Planujemy i łowimy w dni wolne od wysokiej wody. Ryby już mocno przekłute, jednak w tygodniu o poranku są bardziej skore do współpracy. Szukamy pstrągów powyżej 50cm. Udaje się złowić kilka w ciągu długiego dnia. Rzeka pokazuje swój potencjał, a my czujemy, że jesteśmy w odpowiednim miejscu i czasie.

Lipiec. Opady, kilkudniowe deszcze i w efekcie… powódź. Główny zbiornik wypełnił się brudną błotnistą mazią. Wszystko to oznacza, conajmniej miesiąc czasu na wyczyszczenie się zbiornika i spadek wody do normalnego komfortowego przepływu 30m3/s. Nie wiemy co będzie po powodzi. Czy ryba zostanie?

Sierpień. Planowany urlop z synem, wynajęty domek nad Dunajcem i … rozczarowanie. Mieliśmy łowić o świcie, wieczorem i w ciągu dnia. Takie były plany. Pozostało nam patrzenie na zmienne stany brudnego Dunajca i wycieczki w góry (fuj!). Niestety natura po raz kolejny dała znak, że ma nas trochę dosyć. Ostatnie dni urlopu były znowu deszczowe…

Wrzesień. Koniec sezonu pstrągowego spędziłem z kalkulatorem w ręku. Wykupując licencję na rok, miałbym rzekę dostępną do łowienia przez… 2 miesiące. Biorąc pod uwagę stale podnoszącą się i opadającą wodę (czego ryby nie lubią) z zakładanych 60 dni łowienia pozostaje może 10-15 dobrych pstrągowych dniówek w sezonie (nie licząc zawodów). Taki mamy klimat można powiedzieć 🙂

Październik. Wiem gdzie w lecie łowiłem lipienie. Jadę tam w ciemno. Było tam dużo małych i kilka ładnych sztuk. Niestety łowię zaledwie dwie małe rybki. Jesień charakteryzuje się zmienną pogodą, a w górach opady to coś całkiem normalnego. Jak stałe podnoszenie się i  opuszczanie upustów na zaporze. Lipień lubi stabilną niską i czystą wodę. Niestety znowu czekamy na sprzyjające warunki.

Tak to w sumie wyglądało. Wspaniała wiosna z mnóstwem dobrych ryb, a później coraz gorzej z kulminacją w sezonie wakacyjnym. Niestety w tym roku, wakacyjni wędkarze mieli najgorzej. Ci co dojeżdżają raz na jakiś czas musieli się wstrzelić w warunki i wiedzieć kiedy warto wskoczyć do rzeki. Najlepiej mieli miejscowi 🙂 mogli szybko reagować na bardzo zmienne warunki i nałowić się wiosną do woli. Bo później było już tylko gorzej.

Czy wina tego stanu rzeczy leży wyłącznie po stronie natury? Niestety nie. Zarządzanie odcinkiem specjalnym nie jest wzorcowe. Widać brak porozumienia z właścicielami zapory, nieoczekiwane podnoszenia wody. Brakuje proporcjonalnych zarybień, większej ochrony łowiska. Widać pewne oznaki ożywienia wśród władz miejscowych (nowe ścieżki, parkingi, wiaty) ale dzieje się to tak powoli i z takim bólem, że naprawdę trudno uwierzyć w to, że dojdziemy z tym łowiskiem do dobrego europejskiego poziomu (lub zanim dojdziemy będziemy już poza UE:)). Miejscowi w dalszym ciągu nie widzą korzyści jakie mogą płynąć ze zwiększenia ilości wędkarzy, a lokalne kłusownictwo kwitnie. Strażnicy wobec braku ryb tłumaczą się ich “rozproszeniem” w rzece 🙂 A tymczasem w biały dzień w centrum Krościenka, dwaj znani im kłusownicy łowią sobie na spinning…

Tak to wygląda z mojej strony. Zwykłego, stale zafascynowanego tą rzeką przyjezdnego muszkarza. Aby nie kończyć w tak minorowym nastroju, powiem że jest kilka spraw jakie mnie cieszą: nowe plany zagospodarowania brzegów rzeki w Krościenku i Tylmanowej oraz działalność Wojtka Kudłacza, jedynego znanego mi miejscowego wędkarza, który rozumie potrzeby przyjezdnych “wariatów” i stara się na miarę swoich możliwości stworzyć im normalne warunki do pogłębiania tej wariackiej i pełnej naiwności pasji. Tak więc byle do wiosny! Wariaci 🙂

Drwęca zimą.jpg

 

Niedobrze

IMG_3770-1.jpg

Było już tak dobrze. Plusowa temperatura w dzień, minusowa w nocy. Przygotowane kiełże na San. I przyszedł ten ciepły wiatr z południa. W górach szybko stopniał pierwszy śnieg, popadało dwa dni i mieliśmy jesienną małą powódź. Najpierw wezbrały dopływy, później główne nurty Sanu i Dunajca błyskawicznie zamieniły się w rwące górskie rzeki. Całkiem niedawno zbudowane pstrągowe tarliska, przykryły kamienie, błoto i liście…

Wyjazd nad San przesunął się na nieokreślony termin, a dunajeckie lipienie mają czas na odpoczynek. Po raz kolejny pogoda dyktuje warunki i być może zdyscyplinuje nas do kolejnego przejrzenia sprzętu i pudełek z muchami. I nikt nie zagwarantuje, że będzie to ostatni taki przegląd w tym roku. Natura odgania nas od rzek jak tylko nadarza się okazja.

IMG_0644-1.jpg

Łowimy coraz cieniej i lżej. Lipienie ustawiają się na końcówkach płani, żerują w płytkiej prawie spokojnej wodzie. Nie dziwi mnie zatem takie zgrupowanie wędkarzy w kilku tylko miejscach na Sanie. Podążają za rybami, chcąc połowić je jeszcze w tym roku. A rok ten nie rozpieszczał nas zbytnio za sprawą pogody. Nie chcę jeszcze przechodzić do podsumowania sezonu. Mam nadzieję na łowienie nad Sanem. Po raz kolejny przejrzę pudełka, zmienię fluorocarbon 0,10 na 0,08 i poczekam. Czy na coś mi się to przyda,  nie mam zielonego pojęcia. Wiem jedynie, że im zimniej na zewnątrz, tym żerowanie ryb staje się coraz krótsze, co przy wyjeździe na tak odległy San, ma dla mnie coraz większe znaczenie. W końcu pod domem mam rzeczki z lipieniami, a zawsze bliżej mi do Sanu czy Dunajca.

DSCF1167.jpg

 

 

San w październiku

IMG_3762.jpg

Jedna turbina, czyli trochę wyższa woda. W porównaniu z normalnym jej stanem, są to idealne warunki na lekką nimfę i suchą muchę. Przygotowani byliśmy na mikro nimfy, które szybko wróciły do pudełek i będą tam czekać na normalny stan i przepływ w granicach 10m3/s. Łowiliśmy wyłącznie poniżej OS-u od Hoczewki w dół, od mostu w Lesku i w Postołowie. Jesienne dni spędzone nad Sanem, pozwalają na przypomnienie sobie kilku rzeczy, na zestawienie przyponów i wyrzucenie z pudełek typowych dla Dunajca ciężkich przynęt i zastąpienie ich tymi właściwymi, na niski lub raczej lekko podwyższony stan Sanu.

Byliśmy lepiej przygotowani. Lepiej w porównaniu z poprzednią wizytą, kiedy to jak dzieci we mgle przypominaliśmy sobie to i owo o łowieniu na pedałki, kiełże i maleńkie suche muszki (cegiełki). W końcu ostatni raz byliśmy tutaj w zeszłym roku, jesienią.

Ponieważ ryby żerowały od 10-14.00 nie trzeba było się zbytnio się spieszyć, ale mimo późnej porannej godziny na parkingu przy Salamandrze było pusto. Bezwietrznie, +5-10 stopni, pochmurno. Oczywiście był to środek tygodnia, ale jednak sam wchodziłem na cichą ulubioną płań. Po godzinie wszystko zmieniło się jednak radykalnie. W momencie kiedy pojawiły się pierwsze wyjścia do suchej, zaroiło się od wędkarzy. Od góry od dołu zostałem otoczony przez kolegów poszukujących “swoich grubych oczek”. Wyjść było dużo, jednak wszyscy skupiali się na poszukiwaniu tych większych. Lipienia jest bardzo dużo, wszystkie roczniki od maluchów do naprawdę dużych 40+. Według mnie najwięcej jest ryb w granicach 30cm i złowienie kilku w 15 minut nie przysparza wielkiego kłopotu. Problemem staje się jednak wyszukanie tych większych, a błąd popełniony w przypadku doboru muchy skutkuje braniami malutkich pstrągów (i tylko pstrągów). Ryba jest selektywna i wyraźnie poszukuje określonego pokarmu.

IMG_3795.jpg

W momencie kiedy dobierzemy już konkretny zestaw nimf i wzór suchej muchy, możemy skupić się na poszukiwaniu większych lipieni. W trakcie takiego łowienia, zdarzają się dołki gdzie ryb tych jest bardzo mało. Jednak kiedy “wychodzimy” miejsca ich zgrupowania, zabawa staje się przednia i złowienie dubletu nie jest czymś niezwykłym. Oczywiście w dalszym ciągu decyduje wzór przynęty, jej kolor i wielkość. W dalszym ciągu szukamy tych większych okazów. Widać je po “oczkach” widać czasami jak płoszymy je swoim brodzeniem. Dlatego lepiej jest (będąc pewnym swojego miejsca), stać przez kilkanaście minut w jednym dołku, uspokoić rybę i czekać na wyjścia prawdziwych lipasów.

IMG_3799-1.jpg

Łowienie na Sanie jest bardzo techniczne i przez to tak ciekawe. Według mnie wymaga specjalistycznego sprzętu (#18-20, #2-3, 0,08-0,10), odpowiedniej techniki łowienia i dobrego doboru przynęt. Dokładniejszego według mnie niż nad “łatwiejszym” Dunajcem. Nie mają sensu porównania z muchowaniem na Dunajcu. Rzeka jest piękna, kolorowa, wielka, czasami wietrzna, deszczowa, ze zmienną pogodą, a zarazem bardzo cicha. Ryby nie są płochliwe tak jak pstrągi. Trzeba być przygotowanym i doświadczonym, żeby nasz dzień nie zakończył się wyłącznie, zbolałymi od długiego marszu nogami. Z drugiej strony każdy krok wykonany w tak pięknym otoczeniu, jest dla mnie osobiście nagrodą za tak długie czekanie na jesienne wyjścia o suchej.

Dunajec jesienią. Warto?

IMG_2269.JPG

Chyba ostatni taki ciepły dzień, nad jesiennym już przecież Dunajcem. Lekka koszula, suche muchy, lekkie nimfki, aparat przygotowany do robienia zdjęć kolorowych lipieni. Wszystko przygotowane pod dunajeckiego kardynała. Czy było warto?

Jakieś dwa miesiące temu , przeprowadziłem krótką rozmowę z Wojtkiem, omawiając moje obawy co do rybostanu na OS Dunajec. Porozmawialiśmy o wiośnie i lecie i o moich spostrzeżeniach dotyczących wyraźnego zmniejszenia się ilości dużych ryb (30+) po lipcowych i sierpniowych podwyższeniach stanu wody. Wojtek podzielił się ze mną sensownym spostrzeżeniem, że “duża ryba trzyma się nisko”. Problem w tym, że w porównaniu z wiosną, jest jej o 70% mniej…

I nie mówię tutaj tylko o pstrągu. Od czerwca do października, miałem na swoim kiju (oraz mieli moi koledzy) mnóstwo ładnych lipieni. Nie tylko z grubej wody ale również z płytkich i szybkich szypotów, wolnych niskich płani czy zza typowego kamienia. Lipień był rozproszony, w kilku miejscach stało jednak po parę ładnych sztuk takich powyżej 40cm. Im bliżej jesieni, czyli sezonu na łowienie tej wspaniałej ryby na suchą muchę, ryb było coraz mniej.

W ostatni weekend, bez zbytniej nadziei na złowienie czegoś wielkiego,  pojechaliśmy z Ewą na kilkugodzinne łowienie. Jak zwykle “pod murem” widzieliśmy Wojtka i jego kolegów, jednak my zwolennicy ciszy, spokoju (i drzemki na leżaczku kochanie :)) wybraliśmy płytsze, ale bardziej urokliwe miejsca. No i nie zawiedliśmy się 🙂 Tzn nie połowiłem lipienia prawie wcale 🙂 Nie mogę powiedzieć, że zupełnie, ale złowienie trzema metodami kilku 25cm lipasków to raczej porażka. Oczywiście pstrąga potokowego 20-28cm jest bardzo dużo. Po kilku braniach odpuszczałem sobie kłucie maluchów i szukałem innego miejsca.  Nawet w pewnych dla kardynała miejscach, nie miałem żadnego dotknięcia większej ryby. Oczywiście można tutaj zacząć snuć teorie na temat pogody, kormoranów, zarybień, ochrony, czapli i kaczek (jest ich mnóstwo) jednak to co od lipca rzuca się w oczy to BRAK DUŻYCH RYB na OS. To co się działo na wiosnę (czyli prawdopodobnie po zarybieniach) było ideałem. Teraz każdy kupujący licencję klient “Odcinka Specjalnego” czuje się delikatnie mówiąc jak klient “Spółdzielni Pracy Społem”. Dostaje to samo co zwykle, tylko drożej i gorszej jakości…

Nie chcę wnikać w przyczyny takiego stanu. Zaraz pojawią się teorie bardziej lub mniej śmiałe. Fakty jednak są takie, że klient tego odcinka rzeki, oczekuje większych emocji niż te jakie są od lat zapewniane nam przez gospodarza rzeki na niższym jej odcinku. Klienci płacący dodatkowe opłaty ( i łowiący sporadycznie) wymagają łatwej i dużej ryby w rozsądnej (jak wiosną) ilości.

Spytacie się zatem, czy warto odwiedzać Dunajec jesienią? Jeśli chcecie zobaczyć piękne kolorowe stoki gór, czystą prawie granatową wodę i złowić kilka małych pstrągów i lipieni, przespać się w leżaczku nad wodą, to warto. Jeśli nastawicie się na złowienie pięknego dunajeckiego lipasa, to raczej czeka Was “ciężka orka” bo takich ryb na OS pozostało niewiele, a ich złowienie jest możliwe wyłącznie w kilku miejscach (pod murami) i w asyście trąbiących co chwilę “kibiców”.

IMG_3708.JPG